Aktualności:

Prelekcja w Siemczynie

 

  Podczas spotkania w pałacu w Siemczynie 20 stycznia 2018 r., najnowszą historię wysp regionu drawskiego pt. ,,Wyspy w czasach dawnych na Ziemi Drawskiej” przedstawił sekretarz RTHZW, Robert Kraszczuk.  Od roku 2016 prelegent przeprowadził „kwerendy fotograficzne” związane z wyspami na Broczynie, Lubiu, Krosinie, Wilczkowie, Wąsoszu, Drawsku, Krosinie oraz mniejszych stanowiskach.

Dodano: 24-01-2018

Wspomnienia pewnego Ormowca

  W połowie września 1945 r. przyjechałem na Pomorze Zachodnie ze swoim bratem i kolegą, Władysławem Sadowskim ze wsi Żadno powiat Dąbrowa Tarnowska województwo krakowskie. Jechaliśmy tydzień, przez Wrocław, Poznań, Krzyż i Wałcz. Z Wałcza piechotą szliśmy do miejscowości Luben, dokąd z bratem mieliśmy skierowanie. Na ulicy Wałcza spotkaliśmy Polaka, który wskazał nam drogę, i tak dotarliśmy do miejscowości Buchenwald (Bukowina), dalej przez Strączno do wsi Luben (Lubno). Z lasu do tej miejscowości było trafić łatwo, bo na każdej krzyżówce leśnej były drogowskazy, wymalowane czarną farbą, na kamieniach, na białym tle. Podczas tej wędrówki leśnej trzeba było uważać, żeby nie wpaść na minę-pułapkę. Leśnymi drogami doszliśmy do stodoły zapełnionej sianem. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Na poboczach drogi leżały różnego rodzaju skrzynie poniemieckie po pociskach artyleryjskich oraz sprzęt wojskowy; broń, amunicja, mundury i koce. Przed mostem na rzeczce Pilawce była spalona leśniczówka a obok groby czterech żołnierzy niemieckich, bo na nich leżały ich hełmy. Przeszliśmy rzeczkę Pilawkę i zza drzew zobaczyliśmy zabudowania, wieżę kościelną i komin gorzelni. Przed wioską odczytaliśmy na tablicy; Luben (obecnie Lubno). W Lubnie spotkaliśmy koło kościoła Polaka, Jana Klupsia, który szedł z pepeszą na ramieniu i w polskiej rogatywce z orzełkiem na głowie. Poinformował nas, że jest pracownikiem ochrony gorzelni, oraz że we wsi jest już kilku Polaków z bronią, którzy pilnują gorzelni i całej wioski. Zapytany o sołtysa wskazał nam dom koło szkoły i powiedział, że sołtys tam mieszka. W szkole jest zboże, jeść będziecie mieli co, a sołtys ma klucz i rozdziela zboże Polakom-zakończył informację. Po przyjściu do sołtysa, Mariana Gogoły, przywitano nas bardzo radośnie, bo okazało się, że byliśmy z jednych stron i znaliśmy się dobrze. Żona sołtysa podała gorący posiłek oraz przydzieliła nam jeden pokój do zakwaterowania. Z sołtysem gawędziliśmy do późnej nocy na różne tematy i dowiedzieliśmy się, że jest on komendantem straży gorzelnianej. Mają przydzieloną broń do ochrony ludności polskiej i niemieckiej oraz gorzelni, bo jak się wyraził, tu jeszcze są maruderzy i bandy oraz szabrownicy, którzy napadają i kradną co się da; konie i krowy potrafią nocą uprowadzić. Broń mają przydzieloną od wójta z Dębołęki, który jest pełnomocnikiem rządu na gminę Dębołękę. Sołtys powiedział nam, że w gorzelni produkują spirytus a naczelnikiem gorzelni jest Jasiński, były powstaniec warszawski. Komendant straży gorzelnianej miał zastępcę, Franciszka Strzelczka, i do pomocy kilku młodych mężczyzn. Poinformowano nas, że jest tu Radziecka Komendantura Wojskowa, a w majątku stacjonuje pluton Wojska Polskiego, którego dowódcą jest kobieta. W gorzelni i w majątku pracują robotnicy niemieccy, oprzątają krowy i konie wojskowe, a żywią się w zbiorowej kuchni na terenie gospodarstwa.
  U sołtysa mieszkaliśmy od września 1945 do lutego 1946 r. Wspólnie z nim patrolowaliśmy okolice Lubna, bo czasy były jeszcze niespokojne. Pod koniec października spadł śnieg, ale potem było słonecznie i któregoś dnia z rana przybiegła wystraszona Niemka z miejscowości Omulno i powiedziała sołtysowi, że do jej domu wdarło się kilku nieznanych mężczyzn, którzy przeprowadzili u niej "rewizję" zabierając wartościowsze przedmioty. Sołtys zaprzągł kobyłę do sań, usadowił starą Niemkę na siedzeniu, zabrał 10 strzałowy karabin (tzw. "dziesiatoriatka") produkcji radzieckiej. Do mnie powiedział: "masz tu poniemiecką rakietnicę z dwoma nabojami długimi na spadochronach. Jakby co, to pal w górę, to ci w Lubnie zobaczą i przyjdą na pomoc". Polną droga dojechaliśmy do gospodarstwa koło majątku Omulno i rzeczywiście zobaczyliśmy, że są ślady na śniegu od domu w kierunku lasu. Sołtys, Marian Gogoła był odważny; niejedno w życiu przeszedł, szczególnie podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce. Kazał mi pilnować konia, a sam pobiegł za stodołę krzycząc: stój bo strzelam! Ale tamci uciekli. Na postrach wystrzelił w górę. Udaliśmy się w drogę powrotną. Niemce powiedział, że jeśli przyjdą znowu, to ma mu szybciej dać znać. Minął tydzień i Niemka ponownie przybiegła z płaczem i powiedziała, że w jej stodole jedni młócą zboże, a inni wyciągają silniki elektryczne i zabierają. Posiadają konia i jest ich czterech. Szybko pojechaliśmy saniami do jej zabudowań. wpadliśmy do stodoły i zobaczyliśmy dwóch mężczyzn, którzy na rozścielonym prześcieradle młócili pszenicę. Starszy młócił, a młodszy zbierał do worka wymłócone ziarno. Sołtys powiedział do mnie: "ty ich pilnuj, jak by co to strzelaj w tyłek, żeby nie uciekli. Ja gonie za tamtymi". I pobiegł strzelając za uciekającymi, którzy mieli trzy załadowane na wózek silniki. Szabrownicy odczepili konia od wózka, pozostawiając silniki elektryczne, a sami skoczyli na niego i przez pola uciekli w kierunku wsi Kłębowiec. Sołtys spisał tych, których ja pilnowałem w stodole z rakietnicą w ręku. Zezwolił im zabrać umłóconą pszenicę i zagroził "żebym więcej was ty nie widział". Tamci odeszli bardzo mu dziękując. Byli to szabrownicy z Deutsch Krone - tak się wówczas nazywał Wałcz. Silniki elektryczne zamontowane na wózkach kołowych przyczepiliśmy z tyłu do sań i zaciągnęliśmy na podwórko sołtysa. Po dwóch dniach sołtys odwiózł te silniki do gminy i oddał je za pokwitowaniem wójtowi w Dębołęce. Przyszła ostra zima 1945, mróz coraz większy, trzeba było się postarać o opał. Jeździliśmy do lasu po gałęziówkę i paliliśmy w piecach kaflowych tak, że spaliśmy w dobrze ogrzanym pokoju, a mrozy były siarczyste, temperatura spadała do -25 stopni. Mrozy dokuczały, a jeszcze do tego zachorował mój brat na zapalenie płuc. Lekarzy nie było, szpitale nieczynne, więc pozostała ciepła bielizna, okłady i 50 gram spirytusu dziennie "na rozgrzewkę". Sołtys jako komendant straży gorzelnianej otrzymywał miesięcznie 20 litrów "gorzelnianki". Kiedy raz poszedłem z nim po deputat do gorzelni, pokazał mi wartownię i broń ustawioną w pięknym okrągłym stojaku myśliwskim na 10 sztuk broni, wykonanym z jelenich rogów. Stały w tym stojaku: 1 fuzja,1 pepesza oraz 3 karabiny typu "mauzer". Po środku wartowni stał duży stół, w kącie leżanka, a obok stołu dwie duże ławy. Było tam dwóch wartowników, którzy rozpalali w piecu kaflowym węglem. Wówczas pierwszy raz w życiu zobaczyłem "aparaturę spirytusową". Napełniwszy spirytusem 20 litrową bańkę po mleku przywieźliśmy ją do domu. Zjedliśmy kolację i spirytus rozcieńczony z wodą wypiliśmy dla zdrowia i kurażu oraz lepszego snu. W środku mroźnej nocy ktoś zaczął gwałtownie dobijać się do drzwi. Dzieci się pobudziły, a było ich czworo w wieku 6 m-cy do 3 lat. Sołtys zmęczony twardo spał. Jego żona otworzyła drzwi i do domu wtargnęło trzech mężczyzn z bronią w ręku; pytali o sołtysa, twierdząc, że jest im bardzo potrzebny i kazali go obudzić. Sołtysowa obudziła męża. Jeden ze zbirów zaczął wymachiwać szablą nad głową sołtysa i kazał mu siadać na krześle przy stole. Ten z szablą był ubrany w mundur polskiego żołnierza i rozmawiał po rosyjsku. Z pozostałych jeden był ubrany po cywilnemu, drugi w skórzanej kurtce z dystynkcjami kapitana. Czapkę miał okrągłą z gwiazdą armii radzieckiej i pistolet "nagan". Krzyczał" dawaj orużie" (oddaj broń). Ten po cywilnemu trzymał pepeszę i stał spokojnie. Nagle kapitan odebrał pepeszę stojącemu kompanowi i nad głową sołtysa puścił z niej długą serię. Krzyk dzieci, dym, kurz z tynków, smród prochu z wystrzelonych naboi. Uchyliliśmy drzwi do sąsiedniego pokoju i wystawiliśmy 2 lufy karabinowe w kierunku bandziorów. Ci spostrzegli to i wycofali się na podwórze. Jeden z nich powiedział po rosyjsku, że odchodzą bo "u mienia uże patronów niet". Sołtys chwycił za swoją broń spod łóżka i wybiegł za nim strzelając w górę. Napastnicy zbiegli w kierunku, gdzie był poniemiecki majątek. Następnego dnia zameldował o tym do "starszyny" w Komendanturze Radzieckiej, która urządziła poszukiwania bez rezultatu. Następnego dnia sołtys zapytał nas, skąd mamy te "mauzery" co leżą pod leżanką. Brat mój, chociaż chory miał dobry pomysł. Znalazłszy karabiny schował je po leżankę "na wszelki wypadek" i w tym zagrożeniu przydały się nam. 5 marca 1946 r. przyjechała nasza rodzina do PUR w Wałczu. Sołtys swoim koniem pojechał do Wałcza i przywiózł ich razem z bagażami. Przydzielił nam domek jednorodzinny nr 5 w Lubnie. Przez wójta w Dębołęce załatwił niezbędne formalności i od tej chwili zaczęło się nam żyć trochę lepiej. Wiosną 1946 r. brak było mięsa, więc pożyczyłem psa od Mariana Gogoły i poszedłem do lasu na króliki. Wziąłem francuski karabin, 8 sztuk amunicji i dotarłem do majątku w lesie. Oddaliłem się od domu około 4 km, a przedtem nikomu nie powiedziałem gdzie idę. Po przejściu przez mająteczek szedłem dalej polaną leśną wzdłuż rzeczki Pilawki. Pies gdzieś mi się zawieruszył. Kiedy stanąłem obok małego wzniesienia zobaczyłem, że około 50 m za polaną, w zagajniku palą się dwa ogniska nad którymi wiszą kociołki do gotowania jedzenia a wokół kilku uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Przetarłem oczy nie wierząc im, ale widząc, że to nie zjawy zacząłem ich obserwować. Byli ubrani w panterki maskujące używane przez żołnierzy "Wehrmachtu" i zarośnięci. Było około dziewiątej rano, słońce dogrzewało, trawa na polanie była rudawa, śniegi dawno stopniały a oni mieli ubiory zimowe. Z jednej strony panterki były koloru białego i niektórzy byli ubrani na ta stronę koloru maskującego. Tak się wystraszyłem, że nie mogłem kroku zrobić, ani w przód ani w tył. Oprzytomniałem i ze strachu karabin schowałem pod kurtkę - i bez zwrotu w tył wycofałem się. Przy zabudowaniach dałem drapaka na całego i biegłem aż do Radzieckiej Komendantury Wojskowej, gdzie zameldowałem co trzeba starszynie. Następnie poszedłem do domu. Po jakimś czasie z Wałcza przyjechały dwa "ZISY" milicji i za Piecnikiem była strzelanina. Zabito tam wówczas jednego z bandytów w niemieckim mundurze. Świadkiem tego zdarzenia był Józef Demski, były pracownik SB w Wałczu. Opowiadał mi o tej akcji po latach. Niemiecki "żołnierz" miał jeden but okręcony drutem, bo mu się zelówka oderwała, a naszywki na mundurze miał "feldfebla". W tym czasie pełnił funkcję w trafostacji elektrycznej przy lesie koło Mirosławca członek ORMO Józef Kapera. Do tej trafostacji w nocy chcieli wtargnąć, chyba w celu dokonania sabotażu, jacyś osobnicy. Widział, że po schodach do piwnicy gdzie dyżurował, wchodzą ludzie w długich butach. Krzyknął "Stój bo strzelam" i po oddaniu strzału banda wycofała się do lasu. Powiadomił o tym telefonicznie Posterunek MO w Mirosławcu i Wałczu. Pomimo pościgu podjętego przez funkcjonariuszy MO i ORMO, banda uszła do lasu. W kwietniu 1946 roku wojsko przekazało majątek władzom cywilnym, które wyznaczyły na administratora Zielińskiego. Majątek otrzymał nazwę Państwowe Nieruchomości Ziemskie Zespół Łubno powiat Wałcz. Administracja zarządu, bo tak się to nazywało, miała siedzibę w majątku Łubno.
  Ja w owym czasie wspólnie z Janem Klupsiem, byłem zatrudniony jako robotnik sezonowy do pilnowania mienia majątku. Pilnowaliśmy na zmianę stogów ze zbożem w Łubnie i Piecniku i sam majątek Piecnik przed szabrownictwem i kradzieżą. Posiadaliśmy początkowo jedną pepeszę na dwóch, ale broń tę trzeba było zdać na Posterunku MO w Dębołęce komendantowi Chojce. Broń mógł posiadać jedynie zarządca majątku - i to broń długą, poniemiecką. Pozostali musieli broń zdać, zgodnie z zarządzeniem władz do końca roku 1946. W czerwcu przyjęto mnie do pracy na stanowisko pomocnika traktorzysty, a po kursie -na traktorzystę. Gorzelnie majątku zamknięto z powodu braku ziemniaków. Straż gorzelnianą rozwiązano, wartownicy przeszli do pracy w majątku. Trzeba było organizować nowe życie i prace w majątku. Brak było rąk do pracy i sprzętu rolniczego. Wojsko przekazało nam jeden ciągnik "lanz-buldog" na gumowych kołach i dwa ciągniki na kolcach. W majątku przeszkolono nas na traktorzystów i pomocników traktorzystów. W dzień pracowaliśmy w polu, a wieczorami uczyliśmy się. Trzeba było nadto jeździć w teren, wyszukiwać maszyny rolnicze i montować w majątkowym warsztacie, bo taki powstał. Remontu maszyn dokonywali niemieccy robotnicy pod naszym nadzorem; trafiały się sabotaże. Niejednokrotnie przy orce traktorami zdarzały się wypadki, bo coś nie było przykręcone, odpadały koła lub lemiesze. Jako 16 letni traktorzysta jeździłem w transporcie, a na pomocnika przydzielono mi Jana Klupsia. Do pracy przeładunkowej przydzielono nam dwóch b.niemieckich żołnierzy, jednego pilota z Piły a drugiego z Wehrmachtu. Byli to ludzie młodzi, zaledwie 19-20 lat, ale pracowali dobrze, niejednokrotnie po 16 godzin na dobę. Brak było przyczep traktorowych. Pod Chrząstkowem w rowie leżała przyczepa cyrkowa z budą, więc ją ciągnikiem przyholowałem. Stolarz Niemiec Omielewski obciął budę i już była gotowa przyczepa. Rozwoziliśmy nią węgiel ze stacji PKP w Wałczu po gorzelniach w miejscowościach Rudki, Lubowo, Motarzewo, Kłębowiec. Tu poznałem członka ORMO, Piotra Gregorowicza, który był palaczem w gorzelni, a późniejszych latach służył w MO
  Latem 1946 r. napływała na teren ludność z całej Polski oraz osadnicy zza Buga. Domy, które do tej pory stały puste, zaczęto zasiedlać i każdy jak mógł tak się zagospodarzył. Na polach i szosach stało dużo spalonych pojazdów; trzeba to było wszystko uprzątnąć z pól i łąk, bo ziemia musi rodzić. Brak było przyczep do transportu. Jeździliśmy pod Mirosławiec, na szosie stało 12 czołgów, odkręcaliśmy z tych rozbitych czołgów koła i przykręcaliśmy je do przyczep ciągnikowych - i tak się organizowało życie i nowy transport w rolnictwie. Przy drogach leżały w rowach poniemieckie ciągniki, które "lebiotkami" wciągaliśmy na przyczepy i przywoziliśmy do naszych warsztatów naprawczych. Z trzech ciągników składaliśmy jeden "na chodzie". Pamiętam, jaka to była radość, kiedy znaleźliśmy ciągnik "lanz-buldog" na gąsienicach 55 "PS". Ciągnik był pomalowany na żółto, jak ciągnik wojskowy "Wehrmachtu", siedzenie na dwie osoby; zapłon na benzynę i przełącznik na ropę. Mógł ciągnąc 5 skibowy pług, bardzo często używano go do młócki. Jeździł nim Stanisław Płowiak. W czasie jego urlopu miałem zaszczyt i ja nim 12 dni pojeździć, a nawet zrobiono nam wówczas zdjęcia, gdyśmy orali pole w Lubnie. Pierwszy jechał ciągnik na gąsienicach, a za nim 3 lanz-buldogi na kolcach. Jesienią otrzymaliśmy nowe ciągniki amerykańskie na naftę, w darze, jak to się mówiło, z "UNRRA". Były to ciągniki szybkie, ale bardzo słabe, bo tylko dwie skiby na raz mogły orać. Używaliśmy ich do lekkiej pracy w polu i w transporcie.
  Przy Posterunku MO w Dębołęce powstała organizacja zwana "Przysposobienie Wojskowe". Uczono nas posługiwania się bronią, strzelania oraz musztry wojskowej. Ćwiczenia przeprowadzał komendant z Dębołęki. Wyposażono nas w karabiny francuskie z pierwszej wojny światowej. W Lubnie było nas zrzeszonych około 20 chłopaków, przeważnie traktorzystów. Mmieliśmy własną wiejska kapelę; harmonię, skrzypce i bęben. Jesienią 1946 roku przyszło zarządzenie o przesiedleniu ludności niemieckiej za Odrę. Woziłem ich na kolej w Wałczu. Zima 1946-47 roku była bardzo mroźna; brak opału, gorzelnie niektóre z tego powodu nie pracowały. W parku w Lubnie ścinaliśmy świerki i sosny na opał dla ludzi mieszkających w majątku. Wojsko z majątku wyjechało, jedynie w Górnicy i Karsiborze pozostali żołnierze w pałacu na kwaterach. Później ich zdemobilizowano i część z nich przeszła do pracy w tych majątkach, a część wyjechała.
  Wiosną 1947 r., kiedy wysiedliliśmy pozostałych Niemców, nadeszły transporty z ludnością ukraińską z Bieszczad, z akcji "W". Ludzie posiadali dużo broni. Milicja na dworcu kolejowym w Wałczu robiła przeszukania, znajdując w końskich korytach (żłobach) - z podwójnym dnem - porozbierane karabiny, a w workach ze zbożem amunicję i pistolety. Przy każdym transporcie na ciągniku jeździł z traktorzystą milicjant. PGR zapewniły transport. Ja byłem przydzielony do tej ekipy i ciągnikiem rozwoziłem dwoma przyczepami te ludność do miejscowości Budy, Mirosławiec, Wołowe Lasy, Mielencin, Miłogoszcz, Zdbice i Nadarzyce. Trudno się było z nimi dogadać bo mówili po ukraińsku. Co ciekawe - między nimi nie było młodzieży, tylko sami starcy. Jak się później okazało, to w czasie akcji "W" w Bieszczadach każdą osobę, która należała do UPA zatrzymywano tam na miejscu na przesłuchania i dopiero później przyjeżdżali do swoich rodziców. Akcja "W" trwała latem 1947 r. przez okres około dwóch miesięcy. Pamiętam, że między ludnością polską a ukraińską powstały antagonizmy w niektórych miejscowościach, ale z biegiem lat te sprawy się unormowały.
  W 1948 roku "Przysposobienie Wojskowe" przekształciło się w organizację "Służba Polsce". Umundurowano nas na wzór wojskowy i dwa wagony naszych na stacji PKP w Wałczu doczepiono do transportu, którym jechała szczecińska Brygada SP do Warszawy celem jej odbudowy. Do Warszawy dojechaliśmy szczęśliwie. Stolica leżała cała w gruzach, aż serce ściskało. My ze szczecińskiej Brygady SP przez miesiąc pracowaliśmy przy odgruzowaniu Starego Miasta. Spaliśmy w namiotach nad Wisłą, po wodę chodziliśmy z kotłami na Cytadelę. Ja trzymałem się mego kolegi, Jana Klupsia, ponieważ był trochę starszy ode mnie i był dowódcą drużyny. Dziennie trzeba było wypracować 130 procent normy, a niektórzy wypracowywali 138. Tych umieszczano na tablicy przodowników pracy Brygady Socjalistycznej. Po powrocie z Warszawy do Wałcza przeszliśmy do pracy w rolnictwie, w zespole PNZ Łubno. Latem 1948 r. wstąpiłem do PPR, a mój kolega do PPS. Nasza komórka PPR liczyła wówczas przy zespole PNZ 24 członków, a PPS 19 członków. Do partii przyjmowano najlepszych pracowników: traktorzystów, mechaników, robotników; do PPS przyjmowano pracowników biurowych i robotników. Legitymację PPR trzymałem w domu, bo trafiały się przypadki, że bandyci reakcyjnego podziemia, kiedy złapali na drodze PPR-owca, to kazali mu legitymacje zjeść. Byłem przodującym traktorzystą, nie bałem się niczego jeździłem w transporcie ciągnikiem po całym powiecie wałeckim. Rozładowaliśmy na stacji PKP Wałcz-Raduń wagony z węglem i nawozami sztucznymi. Zawiadowca tej stacji był Chlebowski, który z opaską biało-czerwoną i z mauzerem na ramieniu pilnował dzień i noc dworca kolejowego. Był on członkiem ORMO. Traktorzyści z PNZ musieli raz w tygodniu pełnić wartę przy pilnowaniu majątkowych stogów ze zbożem bo trafiały się przypadki sabotażu. Podpalano nie tylko stogi, ale i pełne stodoły. Niejednokrotnie trafiały się przypadki, że z obory komuś krowę w nocy skradziono. Taki przypadek miał miejsce w Łubnie, gdzie osadnikowi wojskowemu w nocy skradziono cztery młode jałówki. Grasowały bandy rabunkowe i watahy szabrowników, ginęły maszyny rolnicze a nawet ciągniki. W naszym majątku państwowym wzmocniono nocne warty, zamykano na noc bramy. Jeden stróż pilnował bram, a drugi uprzęży konnej w oborze, bo i konie i uprząż ginęła.
  Kiedy dokonano w Polsce wymiany pieniędzy, do majątku Łubno przyjęto nowego kasjera,z którym pojechałem do banku w Wałczu po nową gotówkę na wypłatę dla pracowników PGR Łubno. Samochód poniemiecki, bo takim jeździłem, zaparkowałem przy placu ZWM i czekałem na kasjera. Oo wieczora nie mogłem się na niego doczekać. Zgłosiłem do PUBP przy ul. Żymierskiego, że mi kasjer z gotówką zginął. Na dyżurce byli funkcjonariusze UB Antowiak i Nalepa, którzy kazali mi jechać do domu i zameldować o tym "panu administratorowi" Tarnowskiemu. Na drugi dzień kasjera zatrzymano u jego kochanki w Wałczu przy ul. Warszawskiej i osadzono w areszcie. Jak się później okazało, część pieniędzy zdążył przepić; resztę odzyskano. W latach 1950-51 grasowała w okolicy banda rozbójników, złożona z ludzi, którzy przyjechali do "pracy" w PGR Jabłonkowo. Składała się z sześciu młodych osób. Meldowałem komendantowi Posterunku MO w Dębołęce, że ci ludzie jeżdżą majątkowym konnym wozem po zabawach i bez dania racji bija traktorzystów. Pamiętam wybryk, jaki miał miejsce w Łubnie. Na zabawie pobili wówczas traktorzystę Józefa Szatkowskiego, Józefa Górniewicza i Kazimierza Wiśniewskiego. Bandyci do rozboju używali prętów stalowych i noży. Funkcjonariusze MO z Dębołęki latem 1951 roku zlikwidowali tę bandę. W Łubnie przepracowałem do roku 1959 jako traktorzysta ,a później jako kierowca samochodowy. Na wskutek rozwiązania zespołów PGR, służbowo przeniosłem się do pracy w Wałczu. Do pracy społecznej ponownie włączyłem się w 1962 roku przy komendzie Powiatowej MO, a w roku 1963 otrzymałem legitymację ORMO. Zaczynałem pracę w ORMO od dowódcy drużyny do dowódcy plutonu, a później byłem komendantem jednostki miejskiej ORMO i dowódcą Oddziału Zwartego ORMO (1970-1982r.). W stanie wojennym byliśmy skoszarowani i pełniliśmy służbę jako pluton Oddziału Zwartego ORMO dzień i noc. Była to ciężka służba. W "trzaskający mróz" – 25 stopni - pełniliśmy służbę patrolową po 12 godzin na zmianę, ale ład i porządek na terenie naszego miasta Wałcz utrzymywaliśmy wzorowo. Członkowie ORMO wspólnie z funkcjonariuszami MO wyłapywali "malarzy ścian", którzy malowali hasła antypaństwowe oraz ulotkarzy, którzy wkładali do skrzynek listowych-domowych, ulotki antypaństwowe.

Zebrał: dr Przemysław Bartosik

Dodano: 23-01-2018

Z wizytą w Toruniu

  Dnia 18 stycznia 2018 r. członkowie RTHZW przebywali w Toruniu w celach naukowych.

Dodano: 18-01-2018

Nowy skład Zarządu RTHZW

  Dnia 16 stycznia 2018 r. został wybrany nowy zarząd Towarzystwa Regionalnego. W jego skład wchodzą: dr Przemysław Bartosik – prezes, mgr Jarosław Lemański – wiceprezes, Robert Kraszczuk – sekretarz, dr Bogusław Gałka – członek, mgr Jarosław Leszczełowski – członek, mgr Sebastian Ławniczak – członek.

Dodano: 16-01-2018

Fides, Ratio et Patria. Studia Toruńskie Nr 7

  Ukazał się 7 tom "Studiów Toruńskich", w którym znalazły się m.in. artykuły autorstwa dr. Przemysława Bartosika pt. "Działalność Urzędu Bezpieczeństwa wobec byłych członków wileńskiej Armii Krajowej w powiecie wałeckim w latach 1947-1952" oraz dr. Bogusława Gałki pt. "Patriotyzm w myśli politycznej Jana Bobrzyńskiego". Publikacja liczy 302 strony.

Dodano: 12-01-2018

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  54  55  56  57  58  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2018
Projekt i wykonanie: