Aktualności:

Wspomnienia Polaków przebywających w Kreis Deutsch Krone w okresie II wojny światowej

  Moje zainteresowania regionalne skoncentrowały się początkowo na czasach II wojny światowej, bowiem po jednym ze spotkań z byłymi robotnikami przymusowymi, którzy przebywali na terenie powiatu wałeckiego w latach 1939-1945, doszedłem do wniosku, iż pamięć o Tych co przeżyli okres hitlerowskiej niewoli jest godna wspomnień, a historia tamtych wydarzeń warta poznania i spisania. Niezapomniane do dziś chwile refleksji, wyniesione po owych spotkaniach, zaowocowały wnikliwym spojrzeniem na niniejszą problematykę. Po wielu penetracjach badawczych ustaliłem, iż najwartościowsze dla mnie materiały, a więc pamiętniki, wspomnienia i relacje jeńców wojennych oraz robotników przymusowych znajdujących się w latach 1939-1945 w powiecie wałeckim, można odnaleźć głównie w archiwaliach koszalińskich i słupskich. Chodziło zwłaszcza o materiały Archiwum Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Koszalinie (OKBZH Koszalin). W wyniku wielu nieścisłości okazało się, że część relacji i wspomnień musiałem uzyskać na nowo bądź przeprowadzić je po raz pierwszy, większość z nich wykorzystałem do swoich początkowych publikacji na ten temat.
  Wspomnienia robotników przymusowych, którzy przebywali m.in. w powiecie wałeckim w latach II wojny światowej, zostały w głównej mierze zebrane przez Tadeusza Gasztolda. Przez wiele pierwszych lat swojej zawodowej pracy dziennikarskiej (w Koszalinie i w Szczecinku), w atmosferze pogłębiającego się zapału w pogoni za świadkami i świadectwami niedawnej historii, przemierzał T. Gasztold drogi i gościńce także miejscowości powiatu wałeckiego. Docierał rowerem, potem motocyklem (WFM-ką) do najbardziej oddalonych, zapomnianych wsi i przysiółków, gdzie osiedli byli polscy robotnicy i żołnierze września, przymusowo pracujący na tym terenie w latach II wojny światowej. Spisywał ich przeżycia, doświadczenia, zbierał dokumenty, chronił przed zniszczeniem bezcenną wartość źródłową o ludziach zniewolonych, upodlonych, lecz i egzystujących z nadzieją przetrwania. Tę niemożliwą do przecenienia swoistą misję i posłannictwo kontynuował Tadeusz Gasztold pracując w Stacji Naukowej PTH w Słupsku. Zebrał i opracował dalsze relacje i wspomnienia polskich niewolników III Rzeszy na Pomorzu Zachodnim. Jest ich ponad 300 w odniesieniu do lat 1939-1945. Po rozwiązaniu Stacji Naukowej PTH źródła te stanowią depozyt w zbiorach specjalnych Biblioteki Głównej Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku.
  Zaprezentowane wspomnienia z wałeckiej niewoli l. 1939-1945, opracowano m.in. na podstawie badań historycznych prof. T. Gasztolda. Głównym ich zadaniem jest ukazanie nowych wątków opisywanego problemu, w ogólnym znaczeniu ich celem jest również zasilenie wciąż skromnej literatury naszego regionu.

WSPOMNIENIA

Bartłomiej Lisiewicz:

  Wywieziony zostałem do Niemiec w 1940 r. Jechałem z grupą kilkuset osób w specjalnym transporcie z Poznania. Wieziono nas wagonami osobowymi. Eskortowali esesmani. Nie wolno było wychodzić w czasie postoju pociągu na perony. [...] Przywieziono nas bezpośrednio do Wałcza, gdzie pod nadzorem pracowników miejscowego urzędu pracy przydzielano nas na poczekaniu do poszczególnych pracodawców. Miało to charakter prawdziwego targu niewolników. Niemcy, przedsiębiorcy oraz bauerzy i junkrzy chodzili patrząc na nas, często pytając ile ktoś ma lat, gdzie pracował, jakie ma kwalifikacje, żonaty czy nie żonaty. Pomału nasza grupa licząca kilkaset osób znikała sprzed dworca kolejowego w Wałczu. Przyszła i kolej na mnie. Podszedł do mnie Herrn Otto Zell [...] i poważnym głosem zapytał przez tłumacza czy znam się na pracy w rolnictwie. Powiedziałem, że trochę. Jo gutt – powiedział i wskazał mnie, żeby iść za nim. Tłumacz zdążył jeszcze mi powiedzieć – był to jeden z naszych robotników przyszłych, że ten pan zabiera mnie do roboty w majątku. Wlokłem się za pracodawcą na peron, gdzie stał już pociąg. Przez Sypniewo dojechaliśmy pociągiem do Jastrowia. Czułem się – muszę powiedzieć bardzo nieswojo. Obce lasy, pola – była to wiosna. Obce twarze w pociągu. Nic nie mówiące. Nadęte. Pociąg przystawał na wielu stacyjkach. Wsiadali i wysiadali Niemcy, kobiety z charakterystycznie związanymi chustkami na głowie. [...] Byłem myślami w domu, w rodzinie wśród bliskich, którzy też zostali rozproszeni po całym świecie.
  Podjąłem pracę jako robotnik podwórzowy w majątku. Traktowałem tę pracę oczywiście jako zło konieczne. Wiedziałem, że trzeba jakoś przetrwać czy tu czy w kraju. Zamieszkałem w baraku, który przydzielił mi Zell. Przebywało tam już kilkudziesięciu rodaków – byłych jeńców wojskowych. [...] Bardzo nas smuciły porażki radzieckie o których donoszono w specjalnych meldunkach w niemieckim radiu. Musieliśmy przerwać pracę, żeby tych meldunków wysłuchiwać. Jakież były miny Niemców zadowolone. A my mieliśmy miny markotne, smutne. [...] W 1941 r. w czerwcu, lipcu i sierpniu żyliśmy tylko wiadomościami uzyskiwanymi z radia niemieckiego i gazet, które nam chętnie udostępniano. Podstawowym źródłem informacji stały się komunikaty radia BBC oraz wiadomości, przywożone przez innych robotników na roboty z kraju.
  Wielokrotnie przyjeżdżałem do Kłomina z ziemniakami oraz brukwią dla oficerów polskich w obozie. Nie wolno nam było wchodzić za druty. Rozmawialiśmy jednak z oficerami, gdyż oni stali zawsze, jak ktoś przyjeżdżał za drutami i podawali nam rzucając papierosy amerykańskie, czekoladę. W czasie wojny nasi rodacy często udawali się nielegalnie do Złotowa. Chodziliśmy w nocy przez lasy, pola. Organizatorem tych wypadów nocnych był Polak Dropkiewicz, który miał rodzinę [...] w Wiśniewce. Zanosiliśmy im żywność i od nich też otrzymywaliśmy żywność. Nastroje wśród ludności rodzimej, która była zdziesiątkowana przez Niemców były dobre. Ale pojawiały się też załamania psychiczne i brak wiary w zwycięstwo nad hitleryzmem. [...] Oprócz żywności, której odczuwaliśmy stały brak, [...] najbardziej we znaki dawało się brak odzieży i obuwia. Kiedy przyszedł transport Polek z GG, było to w 1944 r., same młode dziewczyny od 12 do 20 lat, było to co prawda latem, ale one nie miały nic oprócz letnich sukieneczek. Przyszła jesień i wtedy musieliśmy im pomagać, ażeby nie chorowały. Nie miały dosłownie co nałożyć. Niemcy w ogóle tym się nie interesowali, pędząc jedynie do pracy.
  [...] Pod koniec stycznia zaczęto wywozić maszyny z zakładów pracy w Jastrowiu oraz opróżniać magazyny. Część Niemców wysyłała swoje rodziny na zachód. Praca jednak trwała normalnie. Do kopania okopów szli Niemcy i Polacy pod nadzorem wojska. 29 i 30 stycznia rozpoczęła się paniczna ucieczka wszystkich mieszkańców Jastrowia oraz okolicznych wsi. Niemcy płakali jak bobry. [...] Z dniem chyba 1 lutego rozpoczęły się walki [...]. Miasto i nasz blisko położony mająteczek opanowały oddziały SS. [...] Bili krowy, świnie i gotowali nie zważając na nic. Jedynym ich argumentem był karabin. Do Zagórza oddziały polskie, witane przez nas entuzjastycznie, gdyż nie wiedzieliśmy, że idzie tu właśnie polskie wojsko – weszły z rana. Niemcy nie stawiali w majątku wielkiego oporu. Uciekali na Sypniewo oraz Brzeźnicę do Szczecinka, a także na Podgaje. Potem kiedy przechodziłem tamtędy widziałem, było to dwa dni po przejściu frontu, setki niemieckich i polskich zabitych. Najwięcej Polaków poległo w rejonie elektrowni, w lesie przy forsowaniu chyba rzeki. Przed ucieczką Zell dał mi zaświadczenie, jak i innym Polakom, którzy u niego pracowali. Wierzył głęboko, że jeszcze tu wróci. Prosił, żeby doglądać jak swoje krowy i świnie, a także pozostawione konie.
  [...] Po wejściu wojsk polskich oraz zajęciu Jastrowia wszyscy przenieśliśmy się do Jastrowia. Był tu niesamowity ruch. Tysiące osób wracających z Niemiec oraz oddziały polskich oficerów, którzy zostali uwolnieni w Grossborn (Kłomino) zatrzymało się w miasteczku. Zajęli oni wszystkie niemal kwatery poniemieckie. Inne zajmowali żołnierze polscy, radzieccy oraz polscy i francuscy cywile. Z tych czasów pamiętam dobrze sylwetkę niemieckiego lekarza. Dr Kroll Werner, to Niemiec, który był tu lekarzem. [...] Dr Kroll przyjmował Polaków. Dawał nawet zwolnienia w uzasadnionych wypadkach. Nie brał opłat. W czasie jednej potyczek z wilkołakami zostałem ranny. W tych pierwszych dniach wolności dr Kroll był jedynym lekarzem, który niósł pomoc setkom potrzebującym. Korzystali z tej pomocy żołnierze frontowi polscy i radzieccy, powracający do domów byli jeńcy Polacy, Włosi, Rosjanie, Amerykanie i Jugosłowianie. Z kolei gdy front przeszedł, dr Kroll pomagał repatriantom przybywającym do Jastrowia i okolicy. Zawsze opanowany, życzliwy, ofiarny, z uśmiechem na twarzy. Mieszkał on przy ul. Kilińszczaków, gdzie obecnie jest ośrodek zdrowia. Kiedy organizowaliśmy dla Niemców po wyzwoleniu miejsca na mieszkanie coś w rodzaju getta, to Kroll nie został tam zabrany, gdyż potrzebny był stale w swoim gabinecie.
  Miał miejsce także wypadek, że miasteczko było zagrożone przez rozbite oddziały niemieckie, które chciały przedostać się na zachód. Otrzymaliśmy wszyscy broń, a w pierwszym szeregu stanęli do ewentualnej walki byli polscy oficerowie z oflagu. Zapoznałem jednego z tych oficerów nazwiskiem Reszke czy Raszke z Grodziska Wielkopolskiego, który do dziś pracuje tam jako lekarz weterynarii. [...] Do oddziałów na prędce formowanych stanęło ok. 130 polskich oficerów. Obstawiliśmy wszystkie drogi wjazdowe do miasta oraz ważniejsze miejsca. Wykryliśmy także spisek wśród pozostałej zresztą nielicznej ludności niemieckiej, która udzielała pomocy hitlerowcom ukrywającym się w mieście w różnych zakamarkach i strychach. [...] W czasie opuszczania miasta hitlerowcy dopuścili się zbrodni przy ulicy Tepferstrasse w piekarni, gdzie zabite zostały przez nich dwie polskie dziewczyny. Podobnie w barakach, w łagrze koło dworca kolejowego zginął Polak z rodziną, fryzjer. Przyczyną śmierci wymienionych osób było to, że nie uciekały one na zachód zgodnie z instrukcją hitlerowską, a ukrywały się ażeby zostać na miejscu.
  W pierwszych dniach po wyzwoleniu było nas stałych mieszkańców, znaczy tych którzy tu pracowali w czasie wojny 37 osób. My stanowiliśmy właściwie pierwszą kadrę dla polskiej władzy. Burmistrzem był Władysław Pindera. [...] Komendantem MO był Stanisław Garstecki, w milicji służyli: Leon Lisiewicz, Tadeusz Fortuna, Bronisław Ordon, Tadeusz Gliński, Jan Gintrowski, Leon Ozeniak, Leopold Bloch. Pierwsze zebranie polskich władz, organizacyjne odbyło się w marcu.

Józef Frankowski:

  Wywieziony zostałem na roboty przymusowe w 1942 r. do Elbląga, gdzie zostałem przydzielony przez Arbeitsamt do pracy w firmie Luftgangnachrichtung Regiment II. [...] Treścią mojej pracy oraz całej firmy była naprawa sprzętu radiotechnicznego. Pracowałem jako stolarz wykonując różne części drewniane. Były to aparaty przywożone z frontu, całkowicie rozbite oraz zużyte. Przez rok chyba pracowałem następnie w tej samej jednostce w Królewcu. Na skutek bombardowań firma została rozproszona i w 1943 r. jeden jej oddział został zlokalizowany w Jastrowiu (Jastrow, Kreis Deutsch Krone). Objęliśmy baraki znajdujące się w pobliżu dzisiejszej plaży w lesie. Tutaj po kilku tygodniach prac adaptacyjnych ruszyła produkcja. Dokładnie o jej treści nie mogę powiedzieć, gdyż nam przydzielano pracę wyłącznie w jednym dziale, także nie wolno było wchodzić do innych pomieszczeń. Załogę stanowili częściowo Niemcy, a częściowo Holendrzy oraz Czesi. Polaków było niewielu. Mieliśmy ostry zakaz, podpisany na specjalnym papierze, że nie powiemy co produkujemy choć sami nie wiele na ten temat wiedzieliśmy. [...] Jeśli chodzi o Jastrowie to w mieście tym według mojego rozeznania pracowało w czasie wojny (1944 r.): Polaków – ok. 150, Francuzów – ok. 50, Rosjan – trudno określić ilość, gdyż byli to jeńcy nie mający w zasadzie prawa chodzenia, a przebywali w obozach jenieckich tzw. Kriegsgefangenenarbeitskommando. Nieliczna grupa cywilnych Rosjan oraz Białorusinów i Ukraińców pracowała u gospodarzy; Holendrów – 10 osób.
  Obóz robotników przymusowych znajdował się koło dworca kolejowego. Znajdowało się tam kilka dużych baraków, skąd Polacy głównie chodzili na roboty do bauerów oraz miejscowych zakładów przemysłowych i rzemieślniczych. W obozie był tzw. Lagerfuehrer, który czuwał nad porządkiem i nie wpuszczał nigdy osób nie zamieszkałych w tym obiekcie. Nieoficjalnie jednak od czasu do czasu odwiedzaliśmy kolegów – zapoznanych w Jastrowiu, a mieszkających w tych barakach. Na uwagę zasługuje fakt, że nasi koledzy z mojej firmy dostarczyli i pomogli skonstruować aparat odbiorczy, który przechowywał i obsługiwał w tym obozie Poznaniak nazwiskiem Wojkowiak, mający obecnie na terenie Poznania warsztat naprawy telewizorów i aparatów radiowych. Warsztat ten mieści się na Łazarzu. Był on już wtedy mechanikiem radiowym. W wielkiej tajemnicy oraz przy małym gronie najbardziej zaufanych przyjaciół, słuchaliśmy atrakcyjnych audycji BBC w języku polskim i niemieckim. Odbiornik ulokowany był w łóżku, które miało podwójną ściankę. Otrzymywanie tak świeżych wiadomości stanowiło dla nas ważny moment podnoszenia morale. Wiadomości te kolportowaliśmy w formie gdzieś zasłyszanych wśród kolegów, a nawet Niemców. Ci jednak nie podejrzewali nas iż posiadamy radio.
  W 1944 r. masy wojsk niemieckich ciągnęły od strony Piły. Budowano w okolicy jakieś umocnienia, lecz ja w budowie ich nie uczestniczyłem. Gdzieś w końcu stycznia 1945 r. nasza załoga wyniosła się specjalnymi samochodami, a część pozostałego sprzętu i baraki oblano benzyną i podpalono. My uzyskaliśmy kilka dni wolnych. Miano nas zabrać na zachód, ale zbliżał się front więc uciekliśmy do majątku Zagórze (Elsenhortz). Z jedną polską rodziną zostaliśmy do przybycia frontu. Miasto Jastrowie zostało ewakuowane. Pozostało zaledwie kilkanaście osób, przeważnie starców. Wszędzie były oddziały niemieckie. W okolicy hitlerowcy spod znaku SS dokonali zbrodni na kilku Polakach, lecz szczegółów nie znam. Przyczyną rozstrzelania było to, że ludzie ci nie realizowali rozkazu o ewakuacji i pozostawali na miejscu. Miało to miejsce w Zagórzu. Gospodarzył w tym majątku Polak Bartłomiej Lisiewicz, który tam pracował ostatnio.
  Po zdobyciu Jastrowia wszystkie mieszkania niemieckie zostały zajęte przez oficerów z Kłomina, którzy częściowo wyjeżdżali do kraju, oczekując na wolne miejsca w samochodach wojskowych. Toczyły się jeszcze walki, gdyż w lasach okolicznych pozostało wielu Niemców, którzy napadali na mniejsze kolumny wojskowe. Weszły do miasteczka także oddziały radzieckie. Organizowano od pierwszego dnia prace nad uprzątaniem skutków walk. Stały wozy, czołgi rozbite oraz leżało wiele niemieckich trupów żołnierzy. [...] Miasto roiło się od różnego rodzaju ludzi powracających do kraju z robót – Francuzów, Jugosłowian, Rosjan i Polaków. Byli to ludzie schorowani, często ranni, zbiedzeni, wyniszczeni tak jak każdy z nas. Pamiętam, że pomocy sanitarnej udzielał niemiecki lekarz. Nazywał się dr Kroll. Do czasu przybycia dr Opalskiego znakomicie spełniał rolę kierownika punktu sanitarnego w Jastrowiu. [...] Miał dwie córki dorastające. Przeżywał głęboko fakt popełnienia na jednej córce gwałtu. Przez kilka dni w czasie pobytu w Jastrowiu po wyzwoleniu, córki dr Krolla służyły u polskich oficerów wracających z niewoli.
  Pamiętam dobrze, kiedy nad Jastrowiem zawisła groźba wejścia wojsk niemieckich, które przez lasy przedzierały się z Piły. Zmobilizowano rezerwy. [...] Na szczęście postawa sierżanta Miałszygrosza uratowała Jastrowie od masakry, on mianowicie przyczynił się do tego jako komendant wojenny miasta, że jednostki niemieckie ominęły Jastrowie. Powiedział podstępem napotkanym jednostkom niemieckim kiedy stał na warcie, że w miasteczku są silne oddziały polskie i radzieckie. To miało spowodować zmianę kierunku marszu Niemców. [...] Ze znanych mi Polaków, którzy w czasie wojny pracowali w Jastrowiu mieszkają: Lisiewicze, Gintrowski Jan, Fortuna Bronisław, Frankowska z domu Narożyńska oraz Odzeniak Leon pracujący w elektrowni miejskiej. Pierwszym burmistrzem był Władysław Pindera, zamieszkały obecnie w Poznaniu na Sołaczu, który tu też był w czasie wojny, a mieszkał w omówionym niżej łagrze.

Stanisław Wawrzynowicz:

  Byłem w jakiejś sprawie w Sarnach. Nagle na ulicy pojawili się Niemcy i policjanci ukraińscy. Zamknęli ulice i nie można było wyjść. Musiałem poddać się jak wielu. Załadowano nas do aut. [...] W Sarnach był duży dworzec, stacja węzłowa. Stał już pociąg, do którego nas załadowano i po kilku godzinach pociąg ruszył. Nic nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy. [...] Transport trwał trzy dni. W czasie drogi otrzymywaliśmy marne wyżywienie dawane nam na stacjach. Było to najczęściej kawa oraz chleb. [...] W pociągu tym było ok. 2 tys. osób. Wszyscy zostaliśmy przewiezieni do Piły do Durchgangslagru, gdzie musieliśmy przejść kwarantannę. Polegała ona na badaniach lekarskich, ewidencji. Następnie zostałem skierowany do majątku Górnica koło Łubna w powiecie wałeckim, gdzie pracowało w tym czasie: Polacy – 5, jeńcy Rosyjscy – 20, Włosi – 10.
  Sytuacja moja w majątku w Górnicy była nienajgorsza. Pracowałem jako traktorzysta. Musiałem przejść krótki kilkudniowy kurs prowadzenia pojazdu oraz umiejętność wykonywania przy nim podstawowych czynności. [...] Stamtąd skierowano mnie za pośrednictwem Arbeitsamtu w Wałczu do Łubna (Lueben) do bambra Paula Niedera. Przyjął mnie dość zimno. Ach, to ten Polak, dobrze, będziesz u mnie pracował. Tutaj jest obora, tam stodoła, a mieszkać będziesz w pokoju na strychu, jeść także tam. Tak to mniej więcej wyglądało. Tutaj musiałem wykonywać wszystkie czynności gospodarskie. Pracy było za dużo. Nie miałem wcale wolnego włącznie z niedzielami, kiedy to musiałem wykonywać takie prace jak drapanie piór gęsich, gdyż Niemiec trzymał wiele gęsi ok. 500 sztuk i część ich zabijał, odstawiając mięso, a pióra także sprzedawał, ale drapane. [...] Jedzenie otrzymywałem nienajgorsze, lecz inne niż sami jedli. [...] Od czasu do czasu otrzymywałem po kilka marek zwłaszcza wtedy, gdy musiałem zapłacić karę pieniężną za różne przewinienia, które określał wachmaister żandarmerii. Były to m.in. kary za oddalenie się do innej wsi lub spóźnienie się do domu, używanie roweru kiedy właściciel dawał na wyjazd do pola, a wachman za to karał [...].
  Na terenie Łubna pracowało: Polacy – 20 osób w tym 10 u gospodarzy i 10 w majątku, jeńcy rosyjscy – 50 osób (ich lager znajdował się w majątku), Francuzi – 50 osób (także jeńcy w majątku). Utrzymywaliśmy stałe kontakty z Rosjanami, którzy mieli bardzo trudne warunki żywnościowe. Przekazywaliśmy im jedzenie w postaci kartofli, chleba, a czasem i mięsa, jeśli udało się ukraść u swoich bauerów. Od nich otrzymywaliśmy ubranie wojskowe, koszule, buty. Były to zapewne rzeczy tych ich kolegów, którzy zmarli. Nas to nie odstraszało, gdyż pod względem odzieży nasza sytuacja była taka jak ich pod względem wyżywienia. [...] Kiedyś chyba w 1943 r. zapanowała jakaś choroba wśród obcokrajowców, szczególnie wśród jeńców radzieckich. Wtedy przyjechała komisja lekarska z Wałcza i dokonywała przeglądu mieszkań, gdzie byli obcokrajowcy. U mnie stwierdzono, że mam dobre pomieszczenie i zakazano wychodzenia na wieś, a szczególnie kontaktowania się z Rosjanami. Była to epidemia tyfusu, który pochłonął wśród jeńców radzieckich wiele ofiar [...].
  W 1943 r. przywieźli do Łubna kilka młodych Polek. Pracowały one w majątku. Były to dziewczyny młode i często się z nimi spotykaliśmy. Jedna z nich nie wiem czy w Łubnie czy przed wyjazdem do Niemiec zaszła w ciążę. [...] Dziewczyna miała ok. 19 lat. Przed rozwiązaniem nie miała zapewnionej opieki. [...] Wyjechała do Arbeitsamtu i otrzymała skierowanie do szpitala lagrowego, który znajdował się w Pile. [...] Po dwóch tygodniach wróciła ze szpitala. Przywiozła dziecko. Oczywiście był to nowy kłopot. [...] Zaczęły się skargi na nią, że nie pracuje bo przecież musiała doglądać dziecka. [...] Na wniosek rządcy z majątku dziecko zostało jej pewnego dnia zabrane do ochronki. Wykonawcą tego postanowienia był urząd opieki i pomocy dzieciom z Wałcza, ale przy udziale przedstawicieli z łagru w Pile. Od tego czasu dziecko znikło i matka wiele razy dowiadywała się o nim bezskutecznie.
  W 1944 r. zostałem skierowany jak zresztą większość miejscowych kolegów Polaków do prac przy okopach. Wywieziono mnie do Nakielna. [...] Grupa nasza liczyła 500 osób. [...] W końcu stycznia gdzieś ok. 25 uciekłem z okopów do Łubna. Po pojawieniu się w Łubnie spotkali mnie koledzy i oświadczyli, że podjęli decyzję nie wyjazdu z Niemcami na zachód. Przygotowania do wyjazdu były już skończone. Każdy z nas miał mieć wóz i tym wozem z parą koni kierować. Jeden z naszych Anastazy Wawrzynowicz pochodzący z Włocławka odmówił – zgodnie z naszym postanowieniem, wtedy Niemiec rzucił się do niego i zaczął go bić. Polak mu oddał. Wezwano żandarmów, ale Wawrzynowicz w między czasie uciekł w niewiadomym kierunku. [...] Większość miejscowych Niemców otrzymała broń. Z tego powodu zdecydowałem się jechać licząc na to, że gdzieś po drodze i tak zostanę wyzwolony przez Armię Radziecką. Dojechałem do Odry i tam weszły już oddziały radzieckie. 
  Treck – jak Niemcy nazywali karawanę taborów cywilnych rozciągał się kilometrami. Jechało kilka wsi. Nie było gdzie nocować. Polacy musieli nocować w stodołach, chlewach lub nawet na wozach. Niemcy natomiast szli do mieszkań. Z tego powodu wielu ludzi naszych zachorowało i w ten sposób pozostało po drodze. Z nami jechała również Volksdeutschka z bydgoskiego niejaka Hela Pochylska. Trzymała ona sztamę z Niemcami. [...] Po wyzwoleniu nad Odrą wróciłem do Łubna, gdzie rozpocząłem jako pierwszy pracę zajmując oczywiście sobie jedno gospodarstwo niemieckie. [...] Jako sołtys mianowany przez radzieckiego komendanta wojennego sporządziłem listę gospodarstw niemieckich z prośbą, żeby władze wojskowe oraz organizujące się już w kwietniu władze polskie kierowały jak najwięcej do wsi ludzi, gdyż dobro było strasznie szabrowane przez różnych osadników [...].

Hipolit Rejewski:

  Brałem udział w obronie Warszawy i po kapitulacji dostałem się do niewoli. Trzymali nas Niemcy w Pruszkowie, a potem w Żyrardowie w ilości ok. 8 tys. jeńców. Przebywaliśmy przez kilka dni. Stamtąd wywieźli nas do koszar im. J. Piłsudskiego w Krotoszynie, gdzie przebywaliśmy przez 6 tygodni. Liczba jeńców wtedy wynosiła ok. 16 tys. [...] Przywieziony zostałem do Piły w 1942 roku i przez Arbeitsamt skierowany do pracy w Drezdenku do pracy u bauera Abrahama Olehmana. W Drezdenku (Klein Dresen) pracowało w tym czasie ok. 40 Polaków, przeważnie robotników cywilnych zatrudnionych w miejscowych barakach. [...] Po kilku miesiącach zabrali mnie do budowy baraków na wielki obóz pracy w Pile, który znajdował się przy dzisiejszej ulicy Kossaka. Był to tzw. Gemeinschaftslager, czyli obóz przejściowy do którego przywożono transportami setki ludzi, skąd następnie kierowali ich do poszczególnych powiatów. [...] Obóz ten liczył już w 1942 r. ok. 14 tys. osób. Były tam baraki szpitalne, ale w strasznym stanie. Chorzy umierali jak muchy. [...] Po zbudowaniu baraków zostałem odesłany do pracy w rolnictwie w Skrzatuszu. Było to 8 lutego 1943 r. Trafiłem zgodnie z moim zawodem do zakładu kołodziejskiego Niemca Joseph Donner. 
  W Skrzatuszu pracowało w tym czasie: 40 Polaków (cywilów i jeńców zamieszkałych przeważnie u pracodawców rolników), 18 Francuzów (jeńców wojennych, zatrudnionych w rolnictwie), 18 jeńców amerykańskich zatrudnionych w rolnictwie oraz ok. 30 radzieckich jeńców zamieszkałych w tzw. Ostarbeitslager, którzy pracowali w rolnictwie, lecz pod nadzorem wachmanów [...]. J. Donner był dobrym człowiekiem, podobnie jak większość miejscowych Niemców nie prześladujących specjalnie Polaków. [...] Donner miał 36 lat i wszystko robił, żeby nie iść do wojska. Wstrzykiwał sobie naftę przed powołaniem na komisję. Z tego powodu rana nogi strasznie bolała go i wyciekała z niej ropa. Po dwóch tygodniach rana się goiła i do następnej komisji Donner miał spokój. Ja tylko o tym wiedziałem. Mówił mi, że woli to niż iść na front nie wiadomo za co walczyć.
  Przed frontem Niemcy nie zdążyli uciec. Gdy otrzymali rozkaz pakowania się to wojska radzieckie były już w rejonie Piły. Przed odjazdem ludność niemiecka zebrała się w kościele, przemawiał pastor, który mówił, że na naród niemiecki przyszła kara boża. Pastor uspokajał ludzi, były to przeważnie kobiety, mówiąc, że kto był człowiekiem ten nie powinien się bać. Esesmani chcieli rozstrzelać pastora, bo ktoś doniósł o jego wystąpieniu. W pierwszych dniach lutego 1945 r. weszły do wsi Skrzatusz oddziały radzieckie. Grupa Volkssturmu została rozbrojona i zabrana do niewoli. Przez kilka tygodni nie goliłem się. Wzbudziło to śmiech u żołnierzy radzieckich, którzy po wejściu zorganizowali w Skrzatuszu piekarnię polową. Ja zostałem na gospodarstwie swojego Niemca, który wiedział, że będzie musiał niedługo swój dom opuścić. Z polecenia komendanta wojennego zostałem sołtysem wsi. Musiałem rządzić całą wsią, a przede wszystkim kierować Niemców do pracy na żądanie wojsk radzieckich [...].
  Amerykanie pracowali w majątku. Jeden z nich znał język polski. Nazywał się John. Amerykanie otrzymywali co miesiąc paczki Czerwonego Krzyża. Paczki zawierały wszystko to, co trzeba, było od żyletek do rodzynek i kawy naturalnej. [...] Amerykanie raz na tydzień chodzili do kina niemieckiego w Wałczu oczywiście z wachmanem. Francuzi posiadali w Skrzatuszu najwięcej wolności. Najprawdopodobniej 29 stycznia 1945 r. o godz. 6.00, wstaję, wychodzę na ulicę i patrzę po cichu maszeruje wojsko. Myślałem, że to Niemcy, ale po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że są to Rosjanie. Szli pieszo, jechały samochody. Na drugi dzień na podwórze moje wjechało 6 czołgów. Latały niemieckie samoloty, które rzucały pojemniki z żywnością i amunicją. Przez cały czas oblężenia Piły słychać było strzały i widać pożary. Doskonale widać było, jak strzelała artyleria rakietowa tzw. Katiusze.
  Na terenie Skrzatusza pracowali następujący Polacy: Józef Pietrzak (przed wojną zamieszkały w okolicy Koła), Aleksander Muzolf (spod Nakła, obecnie zamieszkały w Skrzatuszu), Wacław Guzowski (obecnie zamieszkały w Koszalinie). Oprócz wymienionych mieszkał Czajkowski, który przyjął Volkslistę, gdyż jak mówiono miał brata w wojsku niemieckim. U niego pracował Guzowski, w którym kochały się Czajkowskiego córki. Czajkowski jednak podczas wojny nie utrzymywał kontaktów z Polakami i czuł się Niemcem. W miejscowości Róża (niem. Rose) jeden Polak uderzył Niemca, za co został powieszony. Nie znam jego nazwiska. W czasie frontu zginął zastrzelony przez wojska radzieckie Polak Mieczysław Buczek, było to w lutym 1945 roku. W Chwiramie koło Wałcza pracował Barszczak, który zatrudniony jest obecnie w RKU Wałcz. W Szydłowie pracował Pływacz, obecnie na emeryturze były piekarz, w Pile mieszka Hadyński pracownik PKP, który pracował także w Szydłowie.

Samczyński Marian

  Wywieziony zostałem na roboty przymusowe z Łodzi. Wywożono w tym okresie masowo. [...] Mnie wzięto w czasie łapanki z ulicy. [...] Zawieźli nas do Konstantynowa k. Łodzi. Siedzieliśmy tam przez tydzień. Był tam punkt rozdzielczy siły roboczej do Niemiec. Następnie specjalnym pociągiem liczącym chyba 30 wagonów osobowych przywieziono nas do Piły. [...] W grupie ok. 100 osób przyjechaliśmy pod konwojem [...] na stację w Tucznie (Tuetz). [...] Małą stacyjka, na niej jakiś kolejarz niemiecki oraz policjanci. Ustawiliśmy się w dwójki. [...] Miałem zaledwie 16 lat. [...] Oczekiwali na nas jak się potem zorientowaliśmy bambrowie. Obchodzili nas ze wszystkich stron i z tyłu. [...] Nikt z nas nie miał bagażów. Ubrani byliśmy marnie. Podszedł do mnie Niemiec [...], nazywał się Alfons Buske. Na jego byłej gospodarce mieszka teraz rolnik Pilipiec. Przez miasteczko jechaliśmy wozem. [...] Buske miał duże gospodarstwo liczące kilkaset hektarów.
  Moim pierwszym zadaniem było uprzątanie bydła w oborze. Krów chyba 30 jeśli nie więcej i ja jeden. [...] Do mnie należało jeszcze rąbanie drzewa na opał. Najgorszą rzeczą było dojenie krów. [...] Po kilku miesiącach zostałem przeniesiony do łagrów – był to tzw. Polenlager. Jeśli chodzi o ilość obcokrajowców w Tucznie to było: Polacy – 600 osób (większość mieszkała w Polenlager, pracowali w gospodarstwach), Francuzi – było ich ok. 200 osób (cywile, baraki francuskiego obozu mieściły się koło dworca kolejowego), Rosjanie – trudno podać liczbę, ale było ich bardzo wielu, zwłaszcza jeńców wojennych. Cywilów niewielu, głównie kobiety), Serbowie – ok. 30 osób, Anglicy – mniej więcej 60 osób.
  Życie moje płynęło monotonnie. Całe dnie praca. Potem, gdy przyszła niedziela czasem wychodziliśmy do kolegi pracującego u Kruegera na wybudowaniu. [...] Oprócz grania w karty dyskutowaliśmy na temat nowych wiadomości otrzymywanych z kraju oraz z frontu. [...] Najbardziej wiarygodnym źródłem wiadomości byli ci Polacy, którzy jeździli na urlopy do kraju. Było ich niestety niewielu [...]. Żona Buske okazała się wredna. Polegało to na ograniczeniu żywności za skąpstwa. Nie dawała nam świeżego chleba twierdząc, że mniej starego zjemy. [...] W 1944 roku zostałem przeniesiony do bauerki niejakiej Anny Katz, zamieszkałej w Tucznie. [...] Kobieta zaczęła o mnie dbać. [...] Po kryjomu zabiliśmy z Niemką świnię. Pomagał nam w tym jeden jej zaufany Niemiec. [...] Przebywającym Polakom w Tucznie dał się jednak we znaki Zielke. Był to typ Niemca łączącego w sobie nienawiść do Polski i Polaków. [...] Do bardziej znanych wyczynów Zielke należało bicie bezbronnych jeńców radzieckich. On był policjantem.
  W styczniu 1945 r. był mróz dochodzący do 23 stopni. Z terenów wschodnich szły karawany uciekinierów niemieckich. [...] Do miasteczka dotarła wiadomość, że i mieszkańcy Tuczna mają być przygotowani do wyjazdu. [...] Policjant chodził i wręczał wszystkim mieszkańcom pisma, w których pisało jak należy przygotować się do wyjazdu. [...] Ostatni pociąg z Tuczna odszedł z uciekinierami 31 stycznia. Odwiozłem do wagonu m.in. Koltermana i Schultza. [...] W ostatnich dniach wjechało do Tuczna wojsko niemieckie. Mieli cztery czołgi oraz kilka dział. [...] Najechało do miasteczka wiele wojska i mnie się strach zrobiło tu siedzieć. [...] Dojechaliśmy do wsi Rzeczyca, odległej o 8 km od Tuczna. [...] Po silnym obstrzale wsi zjawili się jacyś pół cywile, pół żołnierze. Byli to Rosjanie. [...] O godz. 18.00 na komendanturze już zdawaliśmy sprawozdanie z ostatnich dni, gdzie byliśmy i co robiliśmy. Komendantura mieściła się we wsi Wrzos. [...] Niemcy przez cały czas siedzieli w piwnicy. Żadnego nie wypuszczali. Wolno iść do Polski – ogłoszono. Doszliśmy do Strączna. Wszędzie pobojowiska. [...] W Strącznie zajmujemy mieszkanie. Pożary wokoło. Orkiestra dęta wojskowa gra na całą wieś. Moc wojska. Żołnierze są pijani. Kobiety nagotowały jedzenia – spiżarnie szwabskie były pełne. Spirytus Rosjanie przynieśli. [...] Zabiliśmy krowę, bo brak było mięsa. [...] Dotarliśmy później do Wałcza. Na ulicy Kaszubskiej pełno rowerów. Plądrowaliśmy po domach. [...] Rosjanie zabrali nas do sprzątania. Obiad dostaliśmy z wojskowej kuchni. [...] 22 lipca 1945 r. wróciłem do Tuczna i teraz tu pracuję.
  Pierwszym burmistrzem był tu Stefan Braliński, który też w okolicy pracował u Niemców. Podjąłem pierwszą pracę w przemyśle mięsnym. [...] W 1950 r. przeniesiony zostałem do Człopy do pracy do zakładów przemysłu terenowego, należących do Wałcza. Od 1951 r. rozpocząłem pracę w GS, jako kasjer, a teraz pełnię obowiązki kierownika Banku Spółdzielczego w Tucznie. Kiedy przybyłem do Tuczna było tu zaledwie 30 Polaków [...].

Józef Siarnik

  Złapano mnie na łapance w Karolinie w pow. Grójec w 1942 r. Przywieziono mnie do Piły. Następnie po kilku dniach przez Wałcz do Człopy. Trafiłem do pracy do gospodarza Wilhelm Wetzkwerd we wsi Eichfier (Wołowe Lasy). Mój gospodarz był znośny, ale nerwowy bardzo. Kiedy przywieziono mnie do niego to z miejsca zagonił do pracy. Nie dał odpocząć. [...] Najczęściej denerwował się, kiedy Niemcom nie szło na froncie. [...] Na terenie Wołowych Lasów było ponad 140 Polaków, nie licząc innych obcokrajowców. W sumie innych było jakieś 100 osób. Francuzów 30, a reszta Ukraińcy i najwięcej Rosjan. Praca była bardzo ciężka. Trzeba było tyrać od 4 z rana do 24 wieczorem, albo i później. Któregoś miesiąca roku 1943 wszyscy Polacy w Wołowych Lasach i inni obcokrajowcy zostali poinformowani na ogólnym zebraniu, że został powieszony Polak za zalecanie się do niemieckiej dziewczyny. Było to w niedalekim Mielęcinie. Powieszono Polaka na brzozie. [...] Listy przychodziły bardzo rzadko. Żadnej organizacji tajnej na terenie wsi nie było. Należałem do młodzieży najbardziej wtajemniczonej we wszystkie miejscowe sprawy i o tym wiedziałbym.
  Zbieraliśmy się na kolonii u jednego Polaka. Ale Landwacha pilnowała. Gdy nas złapano to otrzymaliśmy kary i bicie. [...] Słynął z okrucieństwa do Polaków niejaki Sak(f) – piekarz, który bił Polaków i Rosjan. Drugi Niemiec Rydz(f) nie był lepszy. Obaj oni z całymi rodzinami zostali rozstrzelani przez Rosjan i Polaków, gdy weszły wojska radzieckie. Dali karabiny i kazali robić porządek. W styczniu zaczęto przygotowywać się do ewakuacji. [...] Do wsi zjechało setki rodzin uciekinierów. Dzieci marzły jak muchy. Kilkoro pochowano. Uciekinierzy pochodzili z Poznania. Wielu mówiło po polsku. [...] Wreszcie zjawił się jakiś wojskowy i kazał nam uciekać w stronę Tuczna. [...] Po południu 27 stycznia do Tuczna wszedł patrol radziecki. Od Drzezna wjechało dziesięć czołgów. Zanim wjechały wieś została ostrzelana z dział. [...] Wojska radzieckie weszły dopiero wieczorem. Niemcy ukrywali się w piwnicach. My Polacy paradowaliśmy spokojnie. Po dwóch dniach wyjechałem do domu w woj. warszawskim. [...] Wróciłem 28 kwietnia 1945 r. do Wołowych Lasów. Wstąpiłem do milicji polskiej. Miałem broń. Tu innej roboty w tym czasie nie było. Niemcy pracowali. Młócili zboże, przygotowywali zasiewy, siali. W okolicy ukrywało się w lasach wielu Niemców. Wilkołaki nie ograniczali się do przebywania w lasach. Napadali na polskie wsie mordując Polaków. Nasz posterunek MO w Człopie robił kilka wypraw przeciw Wilkołakom. Złapaliśmy kilku szwabów. Zginął jeden milicjant, którego nazwiska nie pamiętam. Szczególnie jedna obława była duża. Wzięły w niej wojska radzieckie do pomocy i milicja z ORMO. Obława obejmowała lasy Nadleśnictwa Trzcinno. W lasach tych przebywał też Niemiec Kulaf, który w czasie wojny będąc leśnikiem złapał w lesie 4 jeńców radzieckich. Zawiadomił o tym gestapo. Przyjechało i zastrzeliło jeńców w lesie, gdzie ich zakopano.
  [...] Po woli zaczynało się rozwijać życie wsi. Do milicji należeli jeszcze ze mną: Jan Cybulski, ob. Bocian. Na jesieni 1945 roku wziąłem gospodarstwo na własność. I do dnia dzisiejszego siedzę tutaj. Pierwszymi gospodarzami w Wołowych Lasach byli Franiszek Domagała, Franciszek Ławniczek. Ich i jeszcze kilku, których już nie ma we wsi przywiozłem z PUR-u w Wałczu. Inni pierwsi gospodarze: Władysław Błaszczyk, Czapla Władysław. Jeśli chodzi o Niemca, który zadenuncjował czterech radzieckich jeńców, to niestety nie uchwyciliśmy go. Potem uciekł na zachód, gdzie do dnia dzisiejszego jest, gdyż miejscowa Niemka koresponduje ze swoimi znajomymi i oni jej pisali o nim. Był to Kulof.

Aleksander Warecki

  Od 1937 roku służyłem w wojsku. Służyłem w 34 Pułku Ułanów Brygady Podlaskiej. Brałem udział w kampanii zajęcia Zaolzia. [...] Do niewoli niemieckiej dostałem się za Fordonem na szosie idącej w kierunku Świecia. Trzymano nas w Bydgoszczy w ujeżdżalni 16 Pułku Kawalerii. [...] Po sześciu tygodniach przywieziono nas do stalagu w Gross-Born, gdzie siedzieliśmy również w towarzystwie rodaków cywilów. Niebawem skierowano nas do pracy. Trafiłem do majątku k. Mirosławca, który nazywał się wówczas Neue Lacyś (fonetycznie). W zimie 1940 roku z majątku pędzano nas do pracy na lotnisko wojskowe w Borujsku, znajdujące się niedaleko naszego majątku. [...] Opracowałem plan ucieczki z kolegami. Zanim doszło do mojej ucieczki, zwiał mój kolega nazwiskiem Zając. Pochodził z Hrubieszowa. [...] Od tego czasu na noc zabierano nam całe ubranie. Po roku pracy w majątku przesłano nas do Falkenburgu (Złocieniec). [...] Odesłano nas ponownie na kilka tygodni do Neue Lacyś tj. do Gefangen Kommandos nr 108 [...].
  Po wyzwoleniu przez kilka miesięcy pracowałem w komendanturze wojskowej radzieckiej w Niekursku pow. Wałcz. Tam zbieraliśmy niemieckie krowy, świnie, konie i wysyłaliśmy do Rosji. Wysiedlałem Niemców. [...] Po likwidacji komendantury rozpoczęłem pracę w leśnictwie. Przyjął mnie inż. Asman, który organizował nadleśnictwo. Do 1947 roku pracowałem jako gajowy. Potem po kursie przeniosłem się do leśnictwa Dzikowo, gdzie pracuję do dnia dzisiejszego. Trzeba powiedzieć, że praca leśników w pierwszych latach była bardzo trudna i niebezpieczna. W lasach, gdzie obecnie mieszkam, wałęsało się wielu Niemców wygłodniałych jak Wilki, zwłaszcza od czasu, gdy Niemców cywili wywieźliśmy. Wychudzeni szwabi gotowi byli na wszystko. Łapaliśmy ich przy pomocy wojska i ORMO.

Kazimierz Kobylański

  W roku 1943 zostałem wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Mieszkałem przedtem w pow. Kostopol woj. wołyńskie. Dokuczali nam strasznie Ukraińcy. Przewieziono nas do łagru w Pile, gdzie odbyło się mycie, kwarantanna. Byliśmy w tym łagrze przez 6 tygodni. Łagry znajdowały się na przedmieściu Piły od strony wschodniej. Było tam w tym czasie co my kilkanaście tysięcy ludzi. Wywieziony zostałem do Lęborka. Tam zachorowałem pracując w majątku. Przywieziono mnie z powrotem do Piły. Byłem w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala skierowano mnie do Stranz (Strączno) w pow. Wałcz. Pracę podjąłem w majątku właściciela Schwilinga. On sam mieszkał w Tucznie. Rządził majątkiem niejaki Schultz. Otrzymałem mieszkanie. Tu się życie nieco polepszyło. W Strącznie byli Niemcy sami katolicy. Trzeba powiedzieć, że odnosili się do nas dobrze. Pracowało tu 7 Polaków samotnych i dziesięć rodzin. Ukraińców było 15, jeńców rosyjskich 14, Amerykanów jeńców 30 oraz po kilku Czechów, Jugosłowian. [...] O sprawach politycznych dowiadywaliśmy się od polskich rodzin zamieszkałych w Strącznie takich jak: Świtała Stanisław, Orłowski, który prawdopodobnie obecnie mieszka w Złotowie. [...] Oni nie nosili P, byli chyba volksdeutschami. Dzieci służyły w wojsku niemieckim. Ale byli dobrzy [...].
  W 1943 przywieźli ponad 30 Amerykanów. [...] Wśród Amerykanów polskiego pochodzenia był jeden nazwiskiem Zieliński Józef. [...] Latem 1944 roku rozpoczęło się kopanie okopów. Przywieziono ponad 2 tys. ludzi Polaków, Ukraińców do tych prac. Nam nie wolno było nawet z tymi ludźmi rozmawiać. [...] Nadzorowali ich SS. [...] Któregoś stycznia do Strączna przyjechał oddział Niemców, którzy wyjeżdżając zabierali od ludności cywilnej prześcieradła i inne białe płótna w celu maskowania sprzętu i siebie. Było bardzo dużo śniegu. [...] Rządziło we wsi wojsko. Kazano natychmiast opuścić wieś. Polacy nie chcieli wyjeżdżać. Kazano nam w parku kopać doły. Mieliśmy być rozstrzelani. Zgodziliśmy się na wyjazd. Sprawę z Niemcami załatwił Józef Nazarek, który poszedł do dowódcy i wyprosił darowanie kary. Józef Nazarek mieszka obecnie w Strącznie. [...] Wróciłem do Strączna przywieziony przez żołnierzy radzieckich. Mieszkałem tam przez 12 lat od 1945 roku. W roku 1957 wyniosłem się do Niekurska pow. Trzcianka. W Strącznie do pierwszych gospodarzy należeli Ortel – był zarazem pierwszym sołtysem, ale zabity został przez Rosjan. Zabity został koło Rusinowa. Do milicji należeli w 1945 roku: komendant – Tadeusz Obidowski. Od czasów wojny mieszkał tam gospodarz Kanorowski. Znam jeszcze Stanisława Wawrzynowicza, który w czasie wojny mieszkał w Łubnie k. Wałcza jako robotnik przymusowy. [...] Wieś Strączno zniszczona była w 70% wskutek działań wojennych.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 01-12-2016

O najstarszych miastach i zamkach ziemi wałeckiej

  Najstarszy opis regionu wałeckiego zawdzięczamy wyprawie Ottona bamberskiego do Pomeranii. XVIII-wieczny historyk, Jan Ignacy Bocheński w „Historii Kościoła Parafialnego w Wałczu” zanotował: „...Ów Otto wszedł na swą drogę apostolską w roku 1124, (…) by szerzyć wiarę chrześcijańską wśród Pomorzan, barbarzyńskich dotąd czcicieli bożków pogańskich. Miejscem z którego wyszedł, było Gniezno, skąd idąc w kierunku Noteci, (…), do grodu Uzda albo Ujście, później skierował swą drogę ku pomorskiemu miastu Pyrzyce. Gdy opuścił gród Ujście, wkroczył najpierw do dzikiej i strasznej puszczy, a przestrzeń jej musiał przebywać siedem dni...”. Owa „straszna puszcza” nie była niczym innym, jak dzisiejszą ziemią wałecką. Nie sposób dokładnie określić, kiedy na tym gęsto zalesionym terenie zamieszkali pierwsi osadnicy. Wiadomo jedynie, że ziemie te przez długi czas pozostawały niezamieszkałe.
  W XII w. okolice ziemi wałeckiej zostały podbite przez panów wielkopolskich i włączone w jej granice. Próby kolonizacji tych terenów podjął książę wielkopolski Władysław Odonic, oddając w 1238 r. 3.000 łanów w okolicy jeziora bytyńskiego cystersom z Lubiąża. Ślady nadań książęcych pochodzą jednak dopiero z czasów Przemysła II. W początkach XIV w. teren wałecczyzny został zajęty przez Brandenburczyków. Ziemia wałecka, zagarnięta przez margrabiów brandenburskich, utrzymała się w ich posiadaniu blisko 70 lat, toteż rezultaty zasiedlania omawianego obszaru ludnością niemiecką były większe i trwalsze niż w pozostałych rejonach północno-zachodniego pogranicza Wielkopolski. W trakcie tej akcji osadniczej do największego znaczenia w ziemi wałeckiej doszły dwa rody niemieckie – Wedlowie i Golczowie. W posiadaniu Wedlów, rozrodzonych licznie również w Nowej Marchii i na Pomorzu Zachodnim, już w połowie XIV wieku znajdowała się północno-zachodnia część późniejszego powiatu wałeckiego.
  Pojęcie „ziemia wałecka” występuje w nowożytnej literaturze historycznej, przy czym nie wiadomo, co wówczas oznaczało. W XIV–XV wieku dla tego obszaru funkcjonowało w źródłach pojęcie „Heyde” – nie tyle „puszcza”, ile „pustkowie” (łac. desertum). W 1406 roku, czyli w okresie aktywności Polski dla przywrócenia kontroli nad ziemią wałecką i w ogóle ziemiami zanoteckimi, zdaniem strony krzyżackiej polskie roszczenia obejmowały Pustkowia Wedelskie (inaczej Wedelszczyznę), aż po posiadłości krzyżackie na Pomorzu Wschodnim, zwane już Prusami. Stosowane w XIV–XV wieku określenie „Pustkowie” (Wedelskie) oznacza więc wielki obszar między górną Drawą i górną Gwdą.
  Z miast ziemi wałeckiej najstarszą metrykę posiada Człopa, choć niepotwierdzoną solidnym materiałem źródłowym. Już w 1232 r. pojawia się Slopanowo, w 1245 r. oppidum Szlopa, natomiast w 1249 r. Slopa. Nie można się zgodzić z ustaleniami Zbyszka Górczaka (Najstarsze lokacje miejskie w Wielkopolsce do 1314 r.), że Człopa otrzymała lokację w latach 1333-1370. Jan Ignacy Bocheński tak napisał: „(…) miasto najstarsze ze wszystkich, które znam na tych ziemiach. (…) tam był najstarszy gród, po którym nie istnieją ślady, jednak są wskazywane dwa miejsca, w których miał się on znajdować”. Kształt przestrzenny, jaki otrzymała Człopa w wyniku lokacji, był zbliżony do prostokąta, o stosunku boków 2+3, o regularnej sieci ulic dzielących całość na 6 bloków, z których południowo–zachodni został wydzielony jako rynek. Stycznie do zachodniej pierzei rynkowej, wzdłuż osi północ–południe układu zabudowy, został poprowadzony ruch tranzytowy przez miasto. W najbliższej okolicy zabudowań znajdował się zamek.
  W publikacji autorstwa Sławomira Łozowskiego (Człopa. Okruchy dziejów. Okolice. Legendy) brak informacji o zamku. Opracowania niemieckie również milczą na ten temat. Na podstawie wzmianek historycznych oraz osobistej penetracji w terenie, autor referatu przyjmuje, że istniał w średniowieczu na terenie Człopy zamek rycerski. Wielu historyków błędnie identyfikuje zamek z zachowanymi resztkami grodziska, które było prawdopodobnie siedzibą legendarnego władcy Dzierżykraja. Pozostałości grodu znajdują się w okolicy rzeki Cieszynki (w średniowieczu Słopicy), w odległości 2 km od miasta. Tereny wokół Człopy były zagrożone w XIII w. ekspansją brandenburską. M.in. z tego powodu rodzina Nałęczów-Czarnkowskich postanowiła zbudować w mieście budowlę obronną. Zamek postawiono z drewna. Na lokalizację wybrano naturalne wzniesienie, znajdujące się kilkadziesiąt metrów od ówczesnych obwarowań miasta. Było to miejsce trudno dostępne wśród podmokłych łąk. W podobny sposób zbudowano zamek w Wałczu, odległość do centrum miasta była jednak większa.
  Przekazy źródłowe podają, że do początku XV w. Człopa stanowiła ważny pod względem militarnym i komunikacyjnym gród na włościach rodu Czarnkowskich. Ród ten miał utrzymywać w mieście załogę zbrojną (ok. 300 osób). Człopę prawdopodobnie wzmocniono solidnymi wałami obronnymi z częstokołem i dwoma kasztelami. Do końca XVIII w. ślady po owych umocnieniach (wałach) były ponoć jeszcze wyraźnie widoczne. Według Słownika Geograficznego z XIX w., w mieście były dwa zamczyska – „jedno naprzeciw kościoła katolickiego, drugie nieco za miastem. Oba zupełnie z murów ogołocone”. Wydaje się, że zamek za miastem to wspomniany gród Dzierżykraja. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że drugi zamek znajdował się naprzeciw kościoła katolickiego (chodzi o drewniany kościół p.w. św. Wojciecha, wzniesiony w Człopie na przełomie XI/XII w. za Piastów). Informacja zaczerpnięta ze Słownika nie przekonuje, iż obiekt zbudowano w centrum dawnej Człopy naprzeciwko kościoła. Należy pamiętać, że na miejsce lokacji miasta wybrano prostokątną przestrzeń leżącą w dole. Zamek w takich warunkach nie mógł zatem odgrywać jakiegokolwiek znaczenia militarnego. Naprzeciw miejsca, w którym znajdował się kościół p.w. św. Wojciecha, nie ma żadnego naturalnego wzniesienia ani pozostałości sztucznego. Nie wiadomo, czy obwarowania miejskie obejmowały fragment drogi przechodzącej przez miasto oraz wspomniany kościół, znajdujący się po drugiej stronie miejsca lokowania. Można przyjąć, że Człopa posiadała w XIV w. dwie bramy wjazdowe, jednak nie wiadomo dokładnie, w którym miejscu mogły się one znajdować.
  W latach 1416-1419 trwał konflikt między właścicielami Człopy – Czarnkowskimi, a Wedlami z Drawna. Wydaje się, że zamek w Człopie nie odgrywał w tym czasie poważniejszej roli. Prawdopodobnie nie został już odbudowany, chociaż jak wynika z dokumentów, w 1458 r. Człopa miała dostarczyć 4 żołnierzy (pieszych) na wyprawę zbrojną do Malborka. Tak więc w mieście mogła znajdować się jeszcze twierdza obronna. Z czasem została ponownie zdobyta i doszczętnie zniszczona. Przez kogo? Tego nie wiemy. Stabilizację w Człopie i na ziemi wałeckiej przyniósł dopiero II pokój toruński (1466).
  Na podstawie przekazów źródłowych możemy stwierdzić, że kolejne miasto ziemi wałeckiej – Mirosławiec, zostało lokowane poprzez nadanie margrabiów brandenburskich rycerzom Henrykowi i Janowi z rodu Wedlów. W dniu 2 lutego 1314 r. wspomniani bracia wystawili przywilej przyznający Mirosławcowi miejskie prawo magdeburskie. Istnieje przypuszczenie, że Mirosławiec lokowano w 1303 r. W „Historii powiatu wałeckiego w zarysie” autorstwa Z. Borasa, R. Walczaka, A. Wędzkiego, napisano: „W roku 1314 Mirosławiec był już miastem, lokacja zatem musiała przypaść na lata poprzedzające rok 1314. Istnieje przypuszczenie, że mogło to nastąpić już w roku 1303. (…) Przywilej lokacyjny Mirosławca nie dotrwał do naszych czasów”. Nie wiadomo na jakiej podstawie autorzy „Historii powiatu wałeckiego” przypuszczają, iż rok 1303 może stanowić datę założenia Mirosławca. W tym roku powstało miasto Wałcz. Powołując się na te ustalenia można pójść tą samą drogą i przyjąć np., że Mirosławiec lokowano w 1295 czy w 1290 roku, bądź jeszcze wcześniej. Nie można jednak tego potwierdzić, ze względu na niedostępność bądź brak materiałów archiwalnych na ten temat. Wydaje się, że data 1303 dla Mirosławca nie jest trafna. Informację bowiem nie potwierdzono w opracowaniu jakimkolwiek materiałem źródłowym. Dlaczego wiarygodna wydaje się data 1314? W roku 1914 obchodzono 600-lecie nadania Mirosławcowi (Märkisch Friedland) praw miejskich. Z tej okazji ukazała się publikacja o dziejach Mirosławca, autorstwa Ernesta Berga (Geschichte der Stadt Märkisch Friedland). Niemcy przyjęli zatem rok 1314, jako datę lokacji miasta. Antoni Czachorowski w swojej publikacji pt. „Społeczne i polityczne siły w walce o Nową Marchię w latach 1319-1373” podaje, że „W dniu 2 II 1314 r. bracia Henryk i Jan v. Wedel wystawili przywilej lokacyjny dla Mirosławca”. Autor powołuje się na materiał źródłowy autorstwa członka rodziny Wedel.
  Mirosławiec założono przy tzw. handlowym „szlaku solnym”, („via regis”) wiodącym na północ do Kołobrzegu. Miasto zbudowano w kształcie prostokąta z regularną siatką ulic. Otoczone było systemem strumieni odwadniających, które spełniały zapewne rolę fos obronnych. Nie wiadomo, czy Mirosławiec otoczony był wałami i murami obronnymi. Wiemy natomiast, że w mieście istniały trzy bramy znajdujące się u wylotu z miasta. Na północno-wchodnim krańcu miała się znajdować brama Grobelna, na południowym wschodzie brama Młyńska, na zachodzie brama Łowicka. Właściciele Mirosławca Jan i Henryk Wedlowie wznieśli również zamek jako warowną siedzibę swego rodu. Nie jest możliwe ustalenie miejsca i czasu powstania zamku średniowiecznego w mieście. Z księgi Karola IV z 1375 r. wynika, że zamek w Mirosławcu należał do dwunastu najsilniejszych zamków rodu Wedlów znajdujących się na wschód od Odry.
Ostatni przedstawiciel męskiej linii Wedlów – Georg von Wedel, wydając w 1571 roku swoją córkę Elżbietę za mąż, przekazał miasto wraz z zamkiem w formie posagu oraz cały klucz dóbr ziemskich jej mężowi Henrykowi Blankenburgowi. W 1719 r. doszło do wielkiego pożaru, w wyniku którego zniszczeniu uległ zamek wraz z całym miastem. W roku 1731 ówczesny właściciel Mirosławca, Dionizy Jerzy Joachim Blankenburg rozpoczął budowę nowej siedziby, ale już o założeniach pałacowych. W rezultacie powstała okazała budowla utrzymana w stylu baroku holenderskiego.
  Na temat budowy pałacu w Mirosławcu w źródłach zanotowano, cyt.: „10 lutego 1731 roku zaczęto przygotowywanie obszaru pod budowę. Nakazano zwozić ziemię na bagna, następnie poprzez wykopanie szerokiego okopu o głębokości 4 metrów i dwudziestu metrach szerokości powstał prostokąt z długością kantów około 60-80 metrów. W podstawę wbito 180 pali. Przez 14 dni jesienią 1731 roku zwozili pańszczyźniani chłopi pnie drzewne z lasu. Do wbijania pali w bagnisty grunt zagoniono mieszczan z Mirosławca. Budowla była z cegieł, do której budulec zwożono z cegielni niedaleko Henkendorf (Hanki). Cena za 1000 sztuk wynosiła jednego talara i 16 groszy, a za każde „wypalenie” mistrz Marker otrzymywał beczkę piwa. W skład „wypalenia” wchodziły 24 tys. sztuki. Drewno do budowy było zwożone z lasu Dreiort. Woźnicy musieli zwozić swoimi zaprzęgami drewno przez trzy dni od rana do zachodu słońca. Potem następowała zmiana i przychodzili inni woźnicy”. Zachowane relikty oraz przeprowadzone badania archeologiczne wskazują, że obiekt zbudowano na podmokłym gruncie umocnionym drewnianymi palami. Pałac wraz z przylegającym terenem otoczony był sztucznie wykopaną fosą o szerokości 5 m, wypełnioną wodą. Powstała w ten sposób wysepka zbliżona do kwadratu. Kolejne badania archeologiczne odsłoniły resztki sklepień piwnicznych XVIII-wiecznego pałacu. Nie uchwycono jednak żadnych reliktów wcześniejszej zabudowy z okresu średniowiecznego. W 1836 r. umarł ostatni właściciel pałacu w Mirosławcu. W 1877 r. pałac był opuszczony i nieużytkowany, po pożarze w 1890 r. został całkowicie zniszczony i doprowadzony do stanu ruiny.
  Od wieku XIV na terenie ziemi wałeckiej rozwijało się miasto Tuczno. Najdawniejsza wzmianka źródłowa o Tucznie z roku 1306 wspomina o proboszczu, sześciu rajcach i mieszczanach. Można z niej wyciągnąć wniosek, że już wówczas Tuczno było znaczniejszą osadą o charakterze miejskim, posiadającą kościół. W miejscowym źródle pt. „Acta das Vermögen der Kirche” znajdujemy wzmiankę, że biskup Otto odwiedził w roku 1124 w czasie swej podróży na Pomorze wieś Tenczyg (Tuczno), wówczas jeszcze osadę słowiańską i zastał tutaj chrześcijańską gminę religijną z własnym duchownym. Niemiecki historyk Schmitt traktuje jednak tę informację jako domysł bez pokrycia źródłowego. W roku 1333 bracia Stanisław i Krzysztof Wedlowie nadali osadzie leżącej obok grodu miejskie prawo magdeburskie. Prawdopodobnie w ciągu pierwszej połowy XIV wieku zostało wytyczone rozplanowanie Tuczna. Miasto zostało zbudowane w północno-wschodniej części przesmyku oddzielającego jeziora: Tuczno i Zamkowe. Przez przesmyk prowadził szlak z Człopy do Tuczna. W miasteczku następowało rozgałęzienie tej drogi. Przejścia przez przesmyk między jeziorami strzegł zamek tuczyński, należący do rodu Wedlów.
  Jak podają źródła, „murowany dom kasztelana wielkopolskiego” w Tucznie zdobył Hasso von Wedel w 1296 r. Nie udało się jednak ustalić lokalizacji kasztelu obronnego. Nie ma pewności, czy znajdował się w miejscu dzisiejszego zamku. Pierwsze wzmianki źródłowe o budowie zamku pochodzą z 1338 r. Zamek wzniesiono na planie regularnego czworoboku z dziedzińcem otoczonym murem i częścią mieszkalną od wschodu. Obiekt zbudowano z cegły i kamienia w bardzo dogodnym pod względem strategicznym miejscu, na wzgórzu o stromych zboczach z trzech stron oblanych wodami dwóch jezior. Grząskie bagna i łąki oraz stromość zboczy wzgórza zamkowego znakomicie podniosły walory militarne zamku.
  W przypadku pradziejów Wałcza wiemy zdecydowanie więcej. W jednym z opracowań autorstwa prof. Zygmunta Borasa przedstawiona jest mapka, ilustrująca księstwa pomorskie z ok. roku 1220. Widnieje tam także Wałcz. Miejscowość znajduje się na terenie Królestwa Polskiego; nie wiadomo jednak, czy jako osada grodowa czy jako miasto. W opracowaniu „Patrocinium świętomikołajskie w Wałczu jako przyczynek do genezy miasta” dr Ryszard Walczak przypuszcza, że kościół w starym Wałczu (Walciae) istniał już przed 1303 r. Swoją tezę badacz opiera na przesłankach, dotyczących „patrocinium świętomikołajskiego” w Wałczu (kościelne święto opieki św. Mikołaja). Już około XII wieku istniały na dalekich szlakach handlowych osiedla, będące punktami oparcia dla wędrujących kupców i rynkiem zbytu dla ich towarów. „Patrocinium świętomikołajskie” w Wałczu może stanowić dowód, że już w II poł. XII wieku istniało na szlaku handlowym między dwoma jeziorami osiedle z własnym kościołem. Nie ma pewności, czy na terenie osiedla oprócz kościoła znajdował się także ratusz.
  W historycznych dokumentach Wałcz występuje pod wieloma nazwami: „Villam Kron”, „Wałecz”, „Wałcia”, „Corona”. Początek miastu dała zapewne niewielka kuria przy istniejącej tu rybackiej faktorii. Wioska nazywała się „Wolczen”. Została zbudowana u nasady półwyspu wcinającego się w jezioro Zamkowe, na wzgórzu z natury trudno dostępnym i obronnym. Jej rozwój związany był z przebiegającym tędy kupieckim szlakiem. Wałcz otrzymał prawa miejskie 23 kwietnia 1303 r. z rąk margrabiów brandenburskich. Oryginał aktu znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Berlinie. Dokument mówi o jednym z najważniejszych, przełomowym wręcz momencie w dziejach miasta. Nadanie prawa miejskiego oznaczało bowiem istotną zmianę jakościową. Przyznanie przywilejów ekonomicznych i prawnych oraz przyciągnięcie nowych osadników pobudziło rozwój osady, powiększyło jej rozmiary, zmieniło z czasem układ topograficzny oraz zdecydowanie odróżniło ją od okolicznych wsi. „Arnskrone” górowało odtąd nad wiejskim otoczeniem zakresem otrzymanych przywilejów gospodarczych i statusem swych mieszkańców, nawet wówczas, gdy zachowało na poły rolniczy charakter.
  Wałcz posiadał świetne możliwości obronne. Fosa znajdowała się od strony wschodniej (przed Bramą Młyńską, wzdłuż dzisiejszych ulic Wąskiej i A. Łowińskiego) i zachodniej, łącząc dwa jeziora. Dodatkowym utrudnieniem terenowym od strony wschodniej było rozlewisko jezior z podwójnym korytem rzeczki Młynówki. Umocnienia obronne przebiegały od jez. Zamkowego między ulicami Wąską a Kościelną, na skraju największego wzniesienia terenu. Na skrzyżowaniu tych ulic stała Brama Młyńska (Wschodnia), nazwana od położonego w sąsiedztwie młyna na rzece Młynówce. W pobliżu bramy znajdowała się tzw. „Góra Burmistrzowska” (ogrody burmistrza). Wzmianka o zamku w Wałczu znajduje się w kronice Janka z Czarnkowa z 1370 r. W kronice pod rokiem 1378 czytamy o pożarze miasta, cyt. „z wyjątkiem tylko samego zamku, który w całości nietknięty został”. Zamek wałecki wymieniany jest w dokumentach w związku z toczącymi się wojnami z Zakonem Krzyżackim w XV i XVI w. W XV w. gospodarzami zamku byli najpierw brandenburscy rycerze zasadźcy, następnie, po 1368 r. starostowie mianowani przez Kazimierza Wielkiego.
  Zamek zbudowany był z drewna, otoczony mocną palisadą z drewna dębowego, wzmocnioną u podnóża kamieniami. Palisada mogła być uzbrojona poprzecznymi balami drewnianymi. Zamek usytuowano u nasady dzisiejszego półwyspu z ulicą Orlą, wcinającego się w jez. Zamkowe. Zajmował on część tego obszaru, który był najwyżej położony. Centralnym miejscem terenu zamkowego był obszar dzisiejszej zabudowy plebanii kościoła św. Antoniego wraz z przynależnymi ogrodami. W początkach XV w. Mikołaj Czarnkowski został wyznaczony przez króla do przejęcia zamku wałeckiego i miasta z rąk załogi, prawdopodobnie krzyżackiej. Zachował się akt poddaństwa Henninga Kenstela, Burcharda von Güntersberga oraz Burcharda Dawcza. 14 czerwca 1406 roku wymienieni oświadczyli w Poznaniu, że: „chociaż [...] pan Władysław [...] król Polski [...] pan nasz najłaskawszy, pragnąc każdemu wymierzyć sprawiedliwość, chciał, co się tyczy miasteczka, warowni i strażnicy [fortalico] Wałcza, umieścić tam dla nas prałatów i baronów ze swej rady, w celu wymierzenia sprawiedliwości, my jednak oceniając jego życzliwą dla wszystkich łaskawość, nie chcemy prawować się z nim, (…) przyrzekamy za siebie i za naszych następców, że w sprawie wspomnianego miasteczka i strażnicy Wałcza nie chcemy już więcej wnosić skarg do tego pana króla, jego królestwa i Korony (…)”. Panowie na zamku wałeckim, najwyraźniej militarnie przymuszeni, zdali się na łaskę króla polskiego i przyrzekając wiernopoddańcze służby, otrzymali fortalicję i miasto w dalszy zarząd już jako polscy poddani.
  Zamek w Wałczu został doszczętnie zniszczony na przełomie XVI/XVII w. W XVII w. zostali sprowadzeni do Wałcza Jezuici. W 1627 roku w Wałczu mieszkało 3 Jezuitów: Jan Słotowski, Mikołaj Hening i Jan Ditmar. Jezuici ci przy pomocy proboszcza Ambrożego Arenta wybudowali w 1629 roku nową kaplicę. W 1634 roku liczba Jezuitów znacznie wzrosła, a działalność ich miała szerokie poparcie. W tym czasie myśleli o założeniu swojej szkoły. By realizować ten zamiar, zabiegali o pomoc wśród miejscowej szlachty i senatorów. Zwrócili się m.in. do Krzysztofa Tuczyńskiego. On pierwszy wystąpił w Środzie na sejmiku z inicjatywą powołania kolegium jezuickiego w Wałczu, jednak jego wystąpienie wzbudziło nieufność wśród szlachty. W 1650 roku podczas procesji na Górę Mniszą (obecnie obszar Gimnazjum nr 2 w Wałczu). Jezuici bezprawnie zagarnęli ten teren. Zaczęły się zatargi między starostą, Jezuitami a burmistrzem. Z tego powodu starosta nie chciał budować szkoły jezuickiej. Przeciwko zajęciu Góry Mniszej wystąpiło także Bractwo Strzeleckie (kurkowe), ponieważ w tym miejscu mieściła się ich strzelnica.
  Właściwe funkcjonowanie szkoły jezuickiej w Wałczu przypada na rok 1665. Patronem szkoły został św. Stanisław Kostka. Fundatorami byli: Tuczyńscy, proboszcz ze Skrzatusza i stolnik koronny. Poczyniono starania o inną lokalizację szkoły w mieście, ponieważ Góra Mnisza była otoczona terenem bagnistym. Dopiero patent króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego z 1671 roku przeznaczył grunty na budowę nowej szkoły na tzw. Górze Burmistrzowskiej (nazywanej również Piekarską). Był to obszar położony w obrębie umocnień miejskich i blisko rynku. Z dwóch stron otoczony rzeczką Młynówką dochodził do Bramy Młyńskiej, należały do niego tereny dziś zajmowane przez nasze liceum – całe to wzniesienie nazywano również Górą Rybią. Prace przy budowie szkoły trwały rok. Z inicjatywy opata Hackiego, w 1703 r. na Górze Burmistrzowskiej powstał drewniany budynek szkolny na tym samym miejscu, gdzie później wzniesiono dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Kazimierza Wielkiego. Z tego też okresu wywodzi się nazwa szkoły „Ateny Wałeckie” lub „Ateneum”.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 01-12-2016

Wspomnienie absolwenta

  Prezentujemy obraz życia dawnych „Aten Wałeckich” w okresie stalinowskim, widziany przez naocznego świadka Benicjusza Ciepłowskiego – absolwenta wałeckiego liceum z roku 1949. Jego wspomnienia dostarczają informacji o indoktrynacji dyrektora szkoły Józefa Zagórskiego oraz młodzieży szkolnej przez aparat komunistyczny.
  W sierpniu 2005 r. w liście do dyrektora LO im. Kazimierza Wielkiego w Wałczu Romana Kościołowskiego wspomniany B. Ciepłowski napisał m.in.: „Jestem absolwentem Liceum r. 1949. Po przeczytaniu książki Ludwika Bąka o naszym Liceum, uznałem za konieczne podzielić się historią wydarzeń z lat 1945-1949, zwracając szczególną uwagę na to co zostało pominięte, lub niejasno w niej przedstawione. Pragnę, by przesłany rękopis artykułu znalazł miejsce wśród materiałów historycznych o Atenach Wałeckich”. B. Ciepłowski argumentował w liście, iż druga część książki L. Bąka, szczególnie okres lat 1945-1949 wymaga uzupełnienia, ponieważ zawiera wiele niedomówień i nieścisłości. Jako naoczny świadek tamtych wydarzeń widział to tak: „Już w r. 1947 i 1948 aktywizuje się życie pozalekcyjne w szkole. Zjawia się ZMP. Następuje upolitycznienie Liceum. Poszczególne strony książki odnotowują fakty, które są zgodne z presją władz politycznych i oświatowych: szkoły, miasta, władz powiatowych etc. (…) 28. XI 1948 dyr. Józef Zagórski zostaje przeniesiony służbowo do Szczecina. To on przez trzy lata swojej działalności był wspaniałym organizatorem, znawcą problematyki szkolnictwa średniego (…). Dlaczego ten wielki człowiek, do tego członek PPR i PZPR, musiał opuścić swoją wymarzoną, stworzoną i ukochaną szkołę? Wszystko przemawiało za tym, że był niepowtarzalnym i niezastąpionym. Komuś jednak przeszkadzał, a wiadomo komu, bo nie chciał uczyć i wychowywać młodzieży, jak kazała partia”.
  W dalszej części wspomnień B. Ciepłowski tak relacjonuje: „Nazwa szkoły w omawianym okresie – Ateny Wałeckie – nie pasuje i nie przystaje do jej ducha. Liczyli się głównie uczniowie bezwzględnie posłuszni nakazom szkoły i władz. Szkoła to nie zbiorowość ludzi jednomyślnych. O tych, którzy myśleli inaczej, mało się mówiło. Wymagano bezwzględnego posłuszeństwa, tępiąc przejawy wolności. Przecież wszyscy uczyli się, jak być dorosłymi i jak wybierać. Szukali oni prawdy, która jest dobrem dla człowieka. (…) Postawy uczniów, przynajmniej z najbliższego otoczenia, nie były skierowane przeciw osobom, lecz przeciw doktrynie partyjnej. Młodzież starała się rozumieć siebie wzajemnie, choć czasami były trudności. Za tę inaczej myślącą młodzież poniósł „klęskę” prof. J. Zagórski. On jeden bronił jej przed Urzędem Bezpieczeństwa, który wkraczał do życia szkoły. Więzieni uczniowie w areszcie UB byli przesłuchiwani w obecności dyrektora J. Zagórskiego. Po jego odejściu bezpiece już nikt nie przeszkodził. Skończył się dyr. J. Zagórski, bo nie był dyspozycyjnym politycznie. Należy podkreślić, że dyr. J. Zagórski na Radzie Pedagogicznej 23. X 1948 r. wyraził swoje kredo słowami, iż „zmiany w łonie samych partii jak i zmiany urzędników na czołowych stanowiskach utrudniają współpracę w rzeczach bardzo ważnych dla samego gimnazjum”. Ktoś taki nie mógł się podobać władzom. Musiał odejść”.
  W relacji Ciepłowskiego czytamy dalej: „Dlaczego kl. XI od 28. XI 1948 r. do 5. III 1949 nie miała nauczycieli fizyki i chemii? Po prostu, został upokorzony dyr. J. Zagórski, czas przyszedł na młodzież. Dotknęło to szczególnie nas, bowiem byliśmy klasą maturalną. Wiedzieliśmy, że cios był specjalnie wymierzony, by zniewolić i nas, i młodsze klasy. Chcieliśmy nawet odejść do innej szkoły, bo nie widzieliśmy innego rozwiązania. W marcu 1949 r. władze zareagowały na stan klęski. (…) Tymczasem pełniący obowiązki dyrektora Bolesław Mejnartowicz wprowadza „nowe” do szkoły. UB prześladuje młodsze klasy, a naszą szczególnie. Dyrektor likwiduje poniemiecki księgozbiór, zlikwidował również zabytkową kaplicę. Tworzy się jedenastolatkę. (…) 62 uczniów to członkowie ZMP. Ciekawe, jak wiele osób – z tych 62 – było zaangażowanych ideowo, a ile należało ze strachu lub dla kariery? (…)”.
  B. Ciepłowski nawiązał również do sprawy dyrektora Filusa: „31. III 1951 r. Zarząd Powiatowy ZMP w Wałczu wystawia Krystynie Filus opinię negatywną. Wymieniona do nauki jest zdolna, zainteresowania pracą społeczną po linii młodzieżowej nie przejawia, stosunek do obecnej rzeczywistości jest obojętny, uczy się tylko dla nauki a nie z przekonania. Z wyżej cytowanej opinii kształtuje się przekonanie, jak mało miała do powiedzenia szkoła. Dyrektor Filus ustąpił ze stanowiska i dobrze rozumiemy dlaczego”. Wg Ciepłowskiego tak wyglądał socjalistyczny charakter szkoły.
  Brak w książce szerszych informacji o maturzystach z 1949 r. Benicjusz Ciepłowski zarzucił L. Bąkowi w następujący sposób: „Historia jest cierpliwa. Czasami fakty muszą długo czekać na ujawnienie lub przedstawienie. Maturzyści r. 1949 poszli w niepamięć. Zresztą można to wytłumaczyć, tak jak i wiele innych spraw, stwierdzeniem autora. Brzmi ono, że „dążenie do prawdy historycznej jest niewątpliwie najtrudniejsze dla byłych uczniów i nauczycieli Gimnazjum i Liceum, ponieważ ich pracy towarzyszą trudne do wyzbycia się emocje”. Tylko, co autor rozumie przez słowo emocje? Trzeba wyraźnie powiedzieć, że naszą klasę XI (1949 r.) chciały zniszczyć władze polityczne miasta przez usunięcie dyr. J. Zagórskiego, przez brak nauczycieli w ciągu trzech miesięcy, dezorganizację toku nauczania. Dotkliwe piętno wywarły przesłuchiwania UB na niektórych uczniach szkoły, szczególnie na maturzystach między maturą pisemną a ustną, które trwały po kilka dni. Sprawcami przesłuchiwań byli liczni donosiciele. Matury po prostu miało nie być. O jej urzeczywistnienie walczyli nasi nauczyciele i ks. Eustachy Rzepka, który był po stronie pokrzywdzonych, tych których państwowe wyższe uczelnie nie przyjęły. Doszło do matury. Wreszcie mieliśmy ją poza sobą”. Z czterech maturzystów z profilu matematyczno-fizycznego, w tym Benicjusz Ciepłowski i Edward Stańczak, zdawało na Wydział Matematyczny w Uniwersytecie Toruńskim. Zdawały również 3 osoby o zainteresowaniach humanistycznych. Nikt nie został przyjęty.
  W prezentowanych wspomnieniach B. Ciepłowski przedstawił również sylwetkę szkolnego kolegi Edwarda Stańczaka: „Edward Stańczak, o którym wspomina autor (s. 341-342) był moim przyjacielem od 1946 r. do swojej śmierci. Byliśmy tą przyjaźnią związani w Liceum, na studiach, później w pracy. Kochał nadzwyczaj matematykę. W czasie pisemnego egzaminu na studia z matematyki, po 15 minutach wstał z miejsca i oddał swoją pracę. Asystent zaśmiał się i głośno oznajmił, że jeden już skończył. Była w tym duża ironia. Rzucił okiem na pracę i stwierdził ze zdziwieniem, mówiąc: tu trzeba odnotować czas, co też uczynił. Ale na studia się nie dostał. W niedługim czasie po egzaminie Edward otrzymał list, by zgłosić się do rektora. Rektor bardzo chciał przyjąć Edwarda na studia, ale pod warunkiem, że podpisze deklarację do ZMP. Edward podziękował za propozycję oświadczając, że za taką cenę tego nie zrobi (…)”.
  W końcowej części swoich wspomnień B. Ciepłowski napisał: „Ten krótki szkic zamknąłem notatką o Edwardzie. Chciałem pamięcią o Nim wzbogacić kartki historii naszej Szkoły. Składam hołd i podziękowania wszystkim Nauczycielom, którzy nas uczyli w niezapomnianym dla nas czasie. Bardzo cenimy Ich za to, że nie wywierali presji w wyborze postaw ideowych. Również dziękujemy naszym Rodzicom, że pozwolili nam decydować o sobie, choć pewna część młodzieży poniosła duże straty. Kończę hasłem. Zabierajmy głos na temat historii naszej Szkoły”.

dr Przemysław Bartosik

PS. Opracowano na podstawie maszynopisu autorstwa Benicjusza Ciepłowskiego z Warszawy, pt. „Inne spojrzenie na dzieje szkoły średniej w Wałczu w książce Ludwika Bąka”.

Dodano: 28-11-2016

Kiedy lokowano Mirosławiec?

  Słowiańska nazwa Mirosławca nie jest znana. Jedna z pierwszych brzmiała Frydląd Marchijski, od „starej” drogi „marchijskiej” przebiegającej przez osadę. Nie wiadomo również, czy istniał tu gród. W XIV w. wymieniany jest zamek. Nie jest znany jego wygląd i rozplanowanie, jak również lokalizacja. Poważniejszy problem stanowi jednak lokacja miasta. Jednym z ważniejszych wydarzeń w dziejach Mirosławca były obchody 600-lecia miasta, a więc nadania praw miejskich. Odbyły się one w roku 1914. Przy tej okazji ukazała się publikacja dotycząca dziejów Mirosławca autorstwa Ernesta Berga, pt. „Geschichte der Stadt Märkisch Friedland”. We „wprowadzeniu” badacz odnotował: „Możemy w tym roku (1914) spojrzeć wstecz na co najmniej 600-letnie istnienie naszej miejscowości jako miasta. Wszyscy chętnie chcemy to uczynić. Nasze zainteresowanie zostało obudzone. My frydlandczycy miłość ziemi ojczystej mamy we krwi”. Ernest Berg stwierdził także, że Mirosławiec mógł otrzymać prawa miejskie prawdopodobnie tak jak Wałcz, bo już w roku 1303, jednak rzekomy „pierwszy nierozszerzony” przywilej lokacyjny z owego roku nie zachował się do naszych czasów. Nie wiadomo również, na jakiej podstawie Berg przypuszczał, że rok 1303 może stanowić datę założenia Mirosławca. Używanie przez Berga sformułowań dotyczących lokacji typu „musiała istnieć” czy „przypadła zapewne” bez jakiegokolwiek pokrycia źródłowego jest niewiarygodne. Należy pamiętać, że przywołana książka zawiera wiele sformułowań natury ideologicznej. Np. o „czasach najdawniejszych” czytamy: „Gdy Brandenburczycy przyszli tutaj w roku 1303, zastali już z pewnością coś podobnego do miasta. W przeciwnym bowiem razie nie można pojąć tak szybkiego nadania przywileju miejskiego (pierwszego już prawdopodobnie w roku 1303). Tutaj z pewnością znajdowała się osada, odkąd ludzie zamieszkali w tej okolicy. Nie możemy zapominać, że tutaj w czasach wielkiej wędrówki ludów, a więc około 400 lat po narodzeniu Chrystusa, mieszkały plemiona germańskie. Pełne energii i siły, zwabione słońcem południa i wspaniałością rzymskiego świata pociągnęły dalej. Zostawiły starą ojczyznę napierającym Słowianom”. Tok rozumowania Berga w kwestii lokacji przejęli także autorzy „Historii powiatu wałeckiego w zarysie”. Stwierdzili m.in., że ,,(...) w roku 1314 Mirosławiec był już miastem, lokacja zatem musiała przypaść na lata poprzedzające rok 1314. Istnieje przypuszczenie, że mogło to nastąpić już w roku 1303 (...)”. Taka argumentacja również jest nieprzekonywująca, nie posiada bowiem w przywołanym opracowaniu uzasadnienia merytorycznego. Idąc tokiem rozumowania Berga można wyznaczyć kilka innych pośrednich dat dla lokowania Mirosławca, np. lata przed zabójstwem króla Przemysła II. Byłaby to jednak tylko kolejna hipoteza. Wnioski wysuwane przez autorów „Historii powiatu” w interesującej nas materii także wymagają sprostowania. Nie dziwi więc warsztat, w tym przypadku jego brak.
  Pewne jest, że Mirosławiec wymieniony został w przywileju wystawionym 2 lutego 1314 r. przez Henryka i Jana z rodu Wedlów. Fundatorami miasta wg Berga byli bracia Nikolaus i Johannes Knobelsdorf. Treść przywileju znana jest m.in. z „Historii kościoła parafialnego w Wałczu...”, spisanej przez wałeckiego proboszcza Jana Ignacego Bocheńskiego w 1790 r. Zdaniem Bocheńskiego pierwszymi rajcami, którzy objęli opiekę nad lokacją byli bracia Jan i Henryk Kienkenstocke. Przywilej nazywa ich „rajcami założycielskimi” miasta. Informacje o przywileju znajdują się również w bardzo wiarygodnym źródle tj. „Kodeksie Dyplomatycznym Wielkopolski”. Antoni Czachorowski - historyk zajmujący się problematyką średniowiecza, w jednej ze swych publikacji podał, że ,,W dniu 2 II 1314 roku bracia Henryk i Jan von Wedel wystawili przywilej lokacyjny dla Mirosławca…”. Autor powołał się na materiał źródłowy autorstwa członka rodziny von Wedel.
  Ciekawie przedstawia się komentarz E. Berga odnośnie przywileju z 1314 r. Ów „kronikarz” odnotował: „Miasto po tym otrzymało: dochody z opłat targowych (tzw. „Marktgeld”), którą musiały wnosić kramy („Buden”) sprzedające mięso, wyroby sukiennicze, obuwie itp.; tzw. „Wördenzins”, czyli opłaty (daniny) z tytułu użytkowania gruntów określanych jako tzw. „Wördeland” (ogrody, łąki, sady itp.); (…) przychody z tzw. „prętowego” (Rutenzins”), czyli opłaty za obmiar gruntu; (…) mieszczanie mieli pełne prawo polowania na całym obszarze wyznaczonym zapisem w przywileju; mogli łowić ryby w jeziorach: „Körtnitzsee”, „Wolgastsee”, „Kierstenkensee”, dalej w obu jeziorach w Sadowie oraz w dwóch stawach karpiowych („Karpfenteichen”); (…) rozległy obszar wymieniony w dokumencie, granicą sięgający aż do Przyłęgu („Prilang”), koło Rudek (Hoffstädt)”. Berg wspomina również o potoku młyńskim („Mühlenflieβ”), młynie zamkowym („Schloβmühl”) oraz pańskim browarze (mokradłach „chmielowych” – „Hopfensumpf”). Stwierdził jak następuje: „Frydlandczycy musieli przez picie pańskiego piwa potwierdzać swoją wierność i lokalny patriotyzm. Wskazuje na to wiele rozporządzeń i ustaleń, z których jedno jest jeszcze zawarte w przywileju dla bractwa strzeleckiego (kurkowego) z 1768 roku. To pańskie piwo – wydaje się – nie bardzo smakowało frydlandczykom. Ono nie mogło za bardzo rozgrzewać umysłów, ponieważ później uciskani mieszczanie stawali się buntowniczy”.
  Przywilej miasta Mirosławiec został przygotowany w języku łacińskim przez kapłana Albertusa z Arnskrone (pan Albert, świątobliwy pleban z Wałcza). Odpis przywileju potwierdzony został przez króla Polski Zygmunta Augusta w 1565 r.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 28-11-2016

Przypadek konfidenta "Hanka"

 

  W kwietniu 1954 r. referent Referatu IV Wydziału XI Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Koszalinie zwrócił się do swojego szefa z prośbą o zezwolenie na opracowanie kandydata na informatora. Bezpieka zainteresowała się mieszkanką Wałcza.
  Do 1960 r. sieć agenturalną tworzyli agenci, informatorzy i rezydenci (od 1953 r. zwani także tajnymi współpracownikami). Pierwszym problemem przy pozyskiwaniu nowego tajnego współpracownika był wybór kandydata. Punktem wyjściowym była „konkretna sytuacja operacyjna uzasadniająca potrzebę zdobycia tajnego współpracownika”. Po wskazaniu kandydata na tajnego współpracownika należało przygotować go do werbunku (pozyskania), co miało nastąpić w ramach procesu jego „opracowania”, tzn. zbierania uzupełniających informacji o kandydacie. Werbunek stanowił kolejną fazę po opracowaniu kandydata. Pierwsza podstawa pozyskania opierała się na „postawie patriotycznej”, później nazywanej „odpowiedzialnością obywatelską”. Za tymi patetycznymi sformułowaniami rzadko kryła się chęć bezinteresownej pomocy UB, wynikająca z postawy politycznej informatora. Znacznie częściej chodziło o względy ambicjonalne, animozje, niechęć czy wręcz ludzką zawiść, które to uczucia funkcjonariusze UB (później SB) umiejętnie podsycali i pozwalali dać im upust.
  Śmierć Stalina 5 marca 1953 roku przekreśliła nadzieje komunistów na stabilizację reżimu. Idee „wielkiego nauczyciela” miały być jednak kontynuowane. Zdaniem szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza – zadania resortu były oczywiste: „cały wysiłek aktywu kierowniczego wszystkich szczebli skierować na właściwe zorganizowanie, kierowanie i kontrolę sieci agenturalnej, zdobywanie nowej sieci, stosowanie różnorodnych, przemyślanych kombinacji operacyjnych, wypracowywanie coraz lepszych form i metod pracy z siecią agenturalną”. Wg historyka prof. Ryszarda Terleckiego – agentura – obok bezwzględnie oddanych sił bezpieczeństwa – miała być główną bronią komunistycznego państwa przeciwko jego wewnętrznym wrogom. W państwie rządziła totalitarna partia, ale ważną, a może najważniejszą częścią tej partii byli „towarzysze z bezpieczeństwa”.
  O „pozyskaniu” informatora „Hanka” dowiadujemy się z kilku zachowanych notatek sporządzonych przez referenta z Koszalina. Wiemy, iż lata dzieciństwa przyszły konfident spędził w otoczeniu rodziców, pomagając w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. W czasie II wojny światowej pracował na Pomorzu u niemieckiego gospodarza. Po 1945 r. przybył do Wałcza, gdzie podjął się pracy sprzedawcy w miejscowym sklepie. W swoim „życiorysie” tak napisał: „W pracy wywiązuję się dostatecznie stosując się do dyscypliny pracy i pomagając w realizacji Planu Sześcioletniego i odbudowy Polski Ludowej”. W „kwestionariuszu informatora” zanotowano m.in.: „Bezpartyjna, znająca słabo niemiecki, w wojsku nie służyła”.
  Zwerbowanego agenta bezpieka planowała wykorzystać do rozpracowania grupy św. Jehowy, działającej wówczas na terenie Wałcza i powiatu wałeckiego. Odbywały się potajemne zebrania członków grupy, kilka osób aresztowano. W „uzasadnieniu opracowania” referent zanotował: „[...] Omawiany kandydat posiada szerokie możliwości w rozpracowaniu tej grupy, ponieważ posiada zaufanie u pozostałych, o czym świadczy fakt, że pełni ona funkcję w grupie [...]”. Więcej informacji o przyszłym agencie zamieszczono w tzw. „charakterystyce”: „Od chwili przybycia na nasz teren - zaczęła prowadzić pracę misyjną po linii św. Jehowy. Żądała od współwyznawców, aby sporządzali jej sprawozdania z pracy polowej, z uwzględnieniem ilości przeprowadzonych werbunków, sama natomiast sporządziła plan miasta Wałcza z wyszczególnieniem ulic. Bliższym zainteresowaniem były jej sprawy wojskowe, które niewątpliwie przekazywała do Biura Krajowego w Łodzi. Po delegalizacji działalność [...] nabrała charakteru konspiracyjnego i aktywnego. Ostatnio w/w obsługuje kółka konspiracyjne na terenie pow. Wałcz, którym daje nastawienie po linii organizacyjnej i uaktywnienie naszych członków do sekty [...]”.
  Wkrótce funkcjonariusze UB przeprowadzili kontrolę miejsca pracy kandydata. Celem rewizji było uzyskanie kompromitujących materiałów, które mogłyby posłużyć do werbunku. W wytycznych do szefa WUBP w Koszalinie zasygnalizowano uzyskanie informacji na temat miejsca pracy, działalności politycznej, przynależności organizacyjnej oraz „prowadzenia się” (chodziło m.in. o „wady i nałogi” – w ten sposób bezpieka starała się zapewne rozpoznać cechy charakteru przyszłego agenta).
  14 lipca 1954 r. w raporcie o „zezwolenie na dokonanie werbunku w charakterze informatora” referent dokonał oceny kandydata. Wynikało z niej, że była to osoba rozmowna, spostrzegawcza i przebiegła, o średnim poziomie intelektualnym, potrafiąca odnaleźć się w każdym towarzystwie. Znała doskonale zasady i obrzędy wyznawców św. Jehowy. Wiadomo również, iż w okresie swojej dotychczasowej pracy została ukarana naganą za opryskliwe odnoszenie się do klientów oraz za nie utrzymywanie w sklepie czystości. Wg bezpieki cechą ujemną kandydata było częste przebywanie w męskim towarzystwie, co było niezgodne z zasadami św. Jehowy. Taka postawa miała kompromitować kandydata wobec społeczeństwa. Za dodatnią cechę uznano natomiast przyjścia kandydata do konsumu PUBP w Wałczu, w którym robił zakupy.
  Funkcjonariusz bezpieki w „podstawie werbunku” sformułował następujące zdanie: „Przy umiejętnym przedstawieniu w/w faktów niewątpliwie kan. zostanie załamana psychicznie i będzie wolała udzielać nam informacji jak pójść siedzieć, lub aby skompromitować ją w otoczeniu i w stosunku do samych św. Jehowy [...]”. Nadzorujący sprawę Naczelnik Wydziału XI WUBP w Koszalinie dokonanie werbunku kandydata uznał za celowe i konieczne, jak czytamy w adnotacji – „w sprawie agenturalnej krypt. [...] w chwili obecnej na terenie m. Wałcza nie posiadamy agentury. Natomiast przy odpowiednim pokierowaniu kandydatem można będzie głębiej wprowadzić do aktywu św. Jehowy”.
  Werbunek mieszkanki Wałcza na „informatora” nastąpił 28 lipca 1954 r. Zgodnie z planem werbunku kandydat został wezwany na godzinę 11 do Komendy Powiatowej MO w Wałczu, m.in. w sprawie wyjaśnienia perypetii zawodowych. W przygotowanym wcześniej pokoju referent zadał kandydatowi kilka pytań: „jak dawno pracuje, ile zarabia, jak liczną posiada rodzinę”. Następnie pytał o życiorys oraz niedociągnięcia w sklepie. W raporcie o „zatwierdzenie dokonanego werbunku informatora” zanotowano: „W dalszej rozmowie z kan. przedstawiłem jej wrogość w stosunku do Polski Ludowej w tym, że rozsiewała ona do innych wrogą propagandę, o mającej nadejść w krótkim czasie wojnie, oraz to, że za jej pośrednictwem został przekazany plan miasta Wałcza dla [...] do celów szpiegowskich. Tu wyjaśniłem jej, kto kieruje sektą św. Jehowy, na kim bazują i jaki jest faktyczny cel trzonu kierowniczego sekty. [...] Następnie oświadczyłem (na podstawie materiałów), że wyciągnęła ona tajemnice od wojskowych, między innymi i od Oficera, zamieszkałego w Wałczu. [...] Tu zorientowałem się, że bardzo jej zależy na tym, aby nie miał on żadnych nieprzyjemności, o czym sama prosiła [...]. Zaproponowałem jej jako rehabilitację za występki w jej życiu – współpracę z Org. B.P., na co po wyjaśnieniu jej – na czym to będzie polegało, - wyraziła zgodę. Następnie podyktowałem jej zobowiązanie do współpracy i zachowaniu w tajemnicy [...]”.
  W własnoręcznie napisanym „zobowiązaniu” przez „Hankę” czytamy: „Ja [...] zobowiązuję się przyczynić do wykrywania wrogów działających na szkodę Polski Ludowej, o każdym zaistniałym fakcie wrogim dokonanym przez wyznawców św. Jehowy zameldować do Urzędu Bezp. [...] Ja zobowiązuję się [...] wykonywać stawiane mi polecenia przez Urząd Bez. Publ., żadnego faktu przed Org. B.P. nie zataję nawet o najbliższych znajomych, będę informować jeżeli będzie wrogo występował przeciwko rzeczywistości obecnej. O współpracy z Org. B.P. nikomu nie powiem nawet najbliżej rodzinie [...], jeżeli zdradzę tajemnicę Państwową, że współpracuję z organami B.P. zostaną względem mnie wyciągnięte konsekwencje karnosądowe w myśl prawa [...]. Dla zachowania lepszej konspiracji pracy doniesienia będę podpisywać pseudonimem Hanka [...]”.
  Werbunek „Hanki” trwał 7 godzin. Współpraca została sformalizowana. Referent bezpieki przeprowadził z pozyskanym informatorem rozmowę pouczającą, jak ma sporządzać doniesienia oraz w jaki sposób ma się zachowywać w środowisku św. Jehowy. Wspomniał również o punktualności oraz szczerości w stosunku do Organów Bezpieczeństwa Publicznego. W „planie przeszkolenia, wychowania i sprawdzenia zawerbowanego” napisano: „W trakcie przeprowadzonej rozmowy można było wywnioskować, że kan. jest chętną i polecone jej zadania będzie wykonywać ponieważ na końcu, kiedy powiedziałem, że może pójść do domu – rozpłakała się, nadmieniając, że ona tylko ze mną chciałaby pracować, a o szczerości będę mógł się sam przekonać”.
  Kolejne spotkanie z „Hanką” zaplanowano na 6 sierpnia 1954 r. o godz. 20 w Wałczu. W „ocenie werbunku” zapisano jednak: „Werbunek jest spóźniony ponieważ kandydatka zerwała z sektą św. Jehowy. Należy opracować legendę, wprowadzić ją do środowiska św. Jehowy. Pouczyć ją, by przestrzegała zasad wiary św. Jehowy”.
  Współpraca „Hanki” z bezpieką zakończyła się kilka miesięcy później. W raporcie z 10 marca 1955 r. stwierdzono, iż do „wykorzystania operacyjnego” informator się nie nadaje. Głównym powodem zaniechania współpracy z informatorem okazała się jego dekonspiracja. Nie wiadomo, jakie inne konsekwencje oprócz strat moralnych poniosła „Hanka”? Jej teczka personalna została przesłana do archiwum Wydziału X Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Koszalinie. Jeszcze w latach 70-tych „Hanka” figurowała w wykazie byłych tajnych współpracowników.
  Wydaje się, iż informator „Hanka” nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim przez bezpiekę. Z punktu widzenia UB była to zapewne współpraca mało owocna, pamiętajmy jednak, że każda uzyskana informacja dotycząca czyjejś słabości, niezadowolenia bądź rozgoryczenia mogła być niebezpieczna. Nawet mało przydatny konfident mógł liczyć na pomoc bezpieki.

dr Przemysław Bartosik

Dodano: 23-11-2016

1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  
19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  
35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  45  46  47  48  49  50  
51  52  53  
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2017
Projekt i wykonanie: