Dzieje regionu:

To był układ i prowokacja

O pracy w zgrupowaniu wojsk sowieckich w Bornym Sulinowie oraz aresztowaniu przez służbę bezpieczeństwa z Ryszardem Hrywniakiem rozmawia Przemysław Bartosik

Czym się Pan zajmował zawodowo w PRL-u?

- Pracowałem w Powiatowym Zarządzie Dróg Lokalnych. W 1969 r. objąłem stanowisko głównego mechanika. Do zakresu moich obowiązków należał nadzór i prowadzenie transportu oraz sprzętu drogowego, nadzór nad warsztatami oraz malarnią i stolarnią oraz prawidłowym działaniem bazy przerobowej do produkcji masy asfaltowej. Był to duży zakres obowiązków. Ówczesny sprzęt oraz park maszynowy był bardzo mizerny, pochodził częściowo z demobilu wojskowego. Z upływem czasu wymienialiśmy go na sprzęt drogowy bardziej nowoczesny.

Kiedy rozpoczęły się roboty drogowe w Sypniewie?

- Wiosną 1974 r. do Wałcza przyjechał Dyrektor Wojewódzkiego Zarządu Dróg Lokalnych w Koszalinie. Dostałem polecenie zorganizowania bazy przerobowej do produkcji asfaltu w miejscowości Sypniewo w powiecie wałeckim. Ponieważ nie posiadaliśmy drugiej maszyny tzn. otaczarki dostałem zapewnienia, że otrzymamy ją z Rejonu Dróg Publicznych, która była powołana do administrowania dróg krajowych. Maszynę którą nam przekazano należało doprowadzić do pełnej sprawności. Po przyjeździe do Sypniewa, gdzie stacjonował pułk czołgów zlokalizowałem warunki techniczne oraz teren w którym miała powstać baza. Następnie po podłączeniu maszyny miałem zabezpieczyć bazę w materiały, które były niezbędne do produkcji masy asfaltowej. Cykl przygotowawczy z reguły trwał około kilka miesięcy. Ja musiałem to zrobić w dwa tygodnie i następnie dowozić materiały na bieżąco. Po zabezpieczeniu bazy w sprzęt oraz specjalistów do obsługi moja działalność powinna się skończyć. Powinien wejść dział techniczny z pracownikami do układania dywanika asfaltowego… Ale częste awarie sprzętu i energii oraz brak znajomości języka rosyjskiego wymagały stałej mojej obecności. Pomimo tego musiałem spełniać bieżące obowiązki w przedsiębiorstwie. Wszystkie drogi i ulice w Sypniewie były mocno zdewastowane, ponieważ były budowane przed II wojną światową. Należało przed położeniem dywanika dodatkowo je wyremontować. Dziwiło mnie, że na wyżej wymienione prace nie założono dzienników budów a jesienią nie dokonano obmiarów robót. Na moją uwagę oświadczono mi, że dokona tego ekipa z Koszalina. Późną jesienią zawiozłem maszyny do siedziby przedsiębiorstwa bo musiałem przygotować sprzęt i środki transportowe jak co roku do akcji zimowej. Wiosną 1975 roku sytuacja powtórzyła się z ubiegłego roku. Dostałem polecenie ustawienia maszyn w pobliżu Bornego Sulinowa. Pobudowałem m.in. rampę połączoną z przesiewaczem do pospółki, do tego ustawiłem maszynę do kruszenia kamienia i granulator, który produkował różne frakcje grysu i przystąpiliśmy do przygotowania drogi do remontu.

Jaki odcinek drogi należało wyremontować?

- Droga zaczynała się w kierunku wsi Nadarzyce, należało położyć dywanik asfaltowy na bruku, który przebiegł przez całą wieś i połączyć z drogą Sypniewo-Nadarzyce. Teren który podlegał naszej jednostce kończył się 100 m za Nadarzycami. Dalej droga prowadziła przez teren poligonu i była zamknięta do ruchu publicznego. Na mapach drogowych figurowała jako droga Nadarzyce-Starowice. De facto tablice ustawione na początku drogi ostrzegały, że jest to teren poligonu, a wstęp grozi śmiercią. Dywanik asfaltowy położony przed II wojną był całkowicie zdewastowany przez czołgi i ciężki sprzęt. Praktycznie została tylko podbudowa z kamienia budowlanego solidnie wykonana przez firmy niemieckie jeszcze przed wojną. W takim stanie rozpoczęliśmy remont drogi prowadzonej z Nadarzyc do pierwszego punktu kontrolnego. Droga ta liczyła 8,5 km. Należało położyć warstwę nazywaną tzn. przedprofilową, a później tzw. warstwę serialną. Ze względu na braki materiałowe, zdecydowano się na jedną warstwę. Już w pierwszych dniach wystąpiły problemy. Na świeży, niemal gorący dywanik asfaltowy przejechało kilka czołgów. Musiałem natychmiast interweniować u dowódcy zgrupowania gen. Iwana Mandżurina. Zdecydowałem, żeby co kilkaset metrów wbetonować gąsienice czołgowe i oznaczyć znakami co wyeliminowało dewastację. A to wszystko wymagało dodatkowych kosztów. Na wskutek moich interwencji dowództwo w Legnicy zorganizowało naradę. Przy dowództwie wojsk w Polsce była Centrala Handlu Zagranicznego „Marko”. Jej przedstawiciel powiedział, że żadna jednostka na terenie Polski nie ma samodzielnej zdolności finansowej. Wszystkie płatności przechodziły przez Centralę Handlu Zagranicznego przy Północnej Grupie Wojsk Radzieckich w Legnicy „Marko”. Wyjaśniono mi, że była to wewnętrzna sprawa pomiędzy zgrupowaniem Borne Sulinowo a władzą w Koszalinie.

Jakie były konsekwencje narady?

- Po naradzie udaliśmy się w asyście dwóch generałów do Zjednoczenia Kamieniołomów i Kruszyw we Wrocławiu. Po wejściu do gabinetu generalnego dyrektora zjednoczenia widziałem jego przerażenie, kiedy adiutanci wnosili skrzynki z wódką i wodą mineralną, konserwami i słoniną. Zaczęli przygotowywać zakąskę do wstępu negocjacji. Okazało się, że Armia Sowiecka wyczerpała limit przydziału grysu na dwa lata do przodu. W wyniku negocjacji przerywanymi toastami załatwiono dostawą 3 tys. ton grysu najlepszej jakości. Podałem adres dostawy 2 tys. ton dla Wałcza, a jeden tys. ton dla Borne Sulinowa. Z chwilą powrotu dostaliśmy awiza, że grysy już są w drodze. Okazało się, że przydział zdjęto z limitu Armii Polskiej. Z końcem lata odcinek drogi Nadarzyce-Starowice dokończyliśmy z trudem.

Jak wyglądały prace w Bornym?

- Borne Sulinowo było to kilkutysięczne miasteczko, w którym stacjonował sztab dywizji oraz kilka pułków czołgów i pomocniczych jednostek. Do późnej jesieni położyliśmy dywanik na głównych ulicach i przy sztabie dywizji. Kończąc prace w Bornem pewnego dnia będąc w bazie, przy której miałem swoje biuro, przyjechał cały sztab dywizji na czele z gen. Iwanem Mandżurinem w celu przedyskutowania problemu. Chodziło o zrobienie drogi na terenie poligonu. Był to odcinek około 1.200 m, który dochodził do budowli, z którego obserwowali dowódcy ćwiczeń. Była to droga o podłożu piaskowym, która musiała być wykonana od podstaw tj. od podbudowy o części ścieralnej. Powiedziałem, że muszę mieć zgodę Koszalina. Następnego dnia poproszono mnie do sztabu, który bezpośrednio kontaktował się z moimi władzami. Telefonicznie polecono mi wykonanie wspomnianej drogi. Niech to świadczy, jaki wpływ miała Armia Sowiecka na nasze lokalne władze. Była to ostatnia robota drogowa, którą wykonaliśmy w zgrupowaniu Borne Sulinowo. Po zakończeniu prac trzeba było dokonać likwidacji bazy oraz sprzętu, do jednostki macierzystej w Wałczu. W 1975 r. formalnie doszło do połączenia Powiatowego Zarządu Dróg Lokalnych i Rejonu Dróg Publicznych w Rejon Eksploatacji Dróg Publicznych.

Czy próbował Pan na własną rękę dowiedzieć się szczegółów dotyczących inwestycji drogowej w Bornym?

- Później dociekając szczegółowiej stwierdziłem, iż władza polityczno-administracyjna otrzymała pomoc przy pracach w rozbudowie Koszalina przed dożynkami. Pomoc ta polegała na udostępnianiu sprzętu, środkach transportowych i żołnierzy przy pracach pomocniczych. A w zamian władza polityczna, a ściślej Komitet Wojewódzki PZPR wpływał na Wojewódzki Zarząd Dróg Lokalnych, a tym samym na Powiatowy Zarząd Dróg Lokalnych w Wałczu na podjęcie prac drogowych w jednostkach sowieckich. Jak wspomniałem wcześniej, dochodziły do mnie informacje, że coś jest niezrozumiałego w płatnościach za roboty, które prowadzimy w jednostkach sowieckich. Kiedy kończyły się prace bacznie śledziłem, kiedy zaczną się obmiary zleconych prac. Kiedy to nie nastąpiło, byłem przekonany, że zrobiono kolosalny szwindel, który polegał na przeczekaniu, aż wszystko przeminie. Bardzo poważnie zastanawiało mnie polecenie, aby zorientować się na jakie materiały można liczyć w ramach rekompensaty za wykonane prace. Nie miałem żadnego odniesienia finansowego do wykonanych prac. Jak można nie mieć faktury ani obmiarów robót za wykonane prace. Ja jadąc do Bornego nie miałem żadnego dokumentu. Służba Bezpieczeństwa pilnie dbała, żeby żadne fakty nie dostały się na zewnątrz.

Czy interesowała się Panem bezpieka?

- Miałem stryja we Francji, który od 1956 r. przyjeżdżał regularnie co roku do Polski. Stryj mój był wyraźnie wzburzony, kiedy mu opowiedziałem o kulisach naszych prac w jednostkach. Chciał mi pomóc. Będąc kiedyś w latach 60-tych ze stryjem w ambasadzie francuskiej dwukrotnie starał się zagadnąć nas pracownik o jednostkach sowieckich, ale ja to puściłem mimo uszu. W 1978 r. stryj nagle zmarł. Był już schorowany i w wieku 86 lat mogłem się spodziewać, że już do Polski nie przyjedzie. Postanowiłem sam udać się do ambasady francuskiej i nagłośnić całą sprawę. Nastąpiło to w okresie, kiedy zaczęły się protesty robotnicze i pracownicy ambasad obawiając się prowokacji SB stali się bardziej nieufni wobec tego typu informacji. Pracownik ambasady stwierdził, że kończy swoją zmianę i wyjeżdża do kraju, a do mnie zgłosi się jego zwierzchnik. Po pewnym czasie do mojego mieszkania przyjechało dwóch „pracowników ambasady francuskiej”.

…?

- W czasie rozmowy nie interesowały ich aktualne informacje o naszych pracach, a większość pytań dotyczyło spraw wojskowych. Kilka godzin później zostałem aresztowany. Byłem wówczas pewny, że jest to prowokacja SB. Po kilku miesiącach zostałem skazany za szpiegostwo na 5 lat pozbawienia wolności. Co ciekawe, nigdy nie przesłuchiwano w tej sprawie moich przełożonych. Potem stwierdzono, że nie znaleziono żadnych dokumentów w tej sprawie.

Dziękuję za rozmowę

Data dodania: 23-09-2009

  powrót do listy dzieje regionu
  Program działania  |   Struktura  |   Kontakt  
Copyright © RTHZW - WAŁCZ 2008-2017
Projekt i wykonanie: